Zostań Patronem SOS

przez  |  Brak komentarzy

– Norweski antropolog społeczny Thomas Hylland Eriksen słusznie zauważył, że mimo iż jesteśmy świadkami niezwykłego rozwoju rozmaitych technologii oszczędzania czasu, to bardziej niż kiedykolwiek cierpimy na jego brak – opowiada Artur Paszkowski, jeden z Patronów SOS, który angażuje swój czas w pomaganie dzieciom osieroconym i opuszczonym, będącym pod opieką Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce w Polsce. Za 15 lat chciałby usłyszeć, że Amelka, podopieczna tego Stowarzyszenia, jest szczęśliwym człowiekiem.

W ciągu ostatniego roku do grupy Patronów SOS dołączyło kilkadziesiąt osób. Również i Artur Paszkowski, który dodatkowo odwiedził SOS Wioskę Dziecięcą i podzielił się swoimi obserwacjami oraz motywacjami do uczestnictwa w tym wyjątkowym programie. W wywiadzie, którego udzielił Stowarzyszeniu opowiada o dzieciach, ich potrzebach, ale i o Toście, malamucie, który kocha wszystkie szkraby.

SOS Wioski Dziecięce: Co było dla Pana ważne, gdy był Pan dzieckiem?

Artur Paszkowski: Zabawa, to, że są rodzice, pewno z czasem szkoła. Byłem szczęśliwym dzieckiem. Całe dnie biegałem za piłką, czytałem sporo książek. Kłopoty mnie omijały, więc pewno czułem się bezpieczny. Patrząc na swoje dzieciństwo z perspektywy kilkudziesięciu lat i przyrównując je do dzieciństwa dziecka, które trafia do Wioski SOS, dopiero teraz mogę powiedzieć, jak ważne było to wszystko. Miłość, dom, bezpieczeństwo. I wiem, że to wszystko jest przecież tak samo ważne dla każdego dziecka.

Jak Pan myśli, czego w tych czasach dzieciom najbardziej brakuje?

Nie chcę tutaj popadać w jakiś filozoficzny ton, ale dzieciom brakuje chyba po prostu czasu i zwykłych rówieśniczych relacji. Czyli tego, czego kiedyś wszyscy mieliśmy pod dostatkiem. Przy czym przez czas wolny rozumiem tutaj swobodę i nieskrępowanie w wyborze mojej aktywności, rozrywek czy w realizowaniu pasji. Dzieci wtłacza się w dobrowolne tylko z nazwy formy spędzania czasu pozaszkolnego, takie jak tenis, nauka języków obcych, czy gra na pianinie. Nie pozostawiamy dzieciom żadnego wyboru. Nie pozwalamy im na chwilę zastanowienia się. A tymczasem „nicnierobienie” może być całkiem twórcze. Co gorsze, konsekwencją braku czasu jest ograniczanie do minimum lub wręcz brak relacji międzyludzkich. Dzieci, podobnie jak dorośli, zaczęły porozumiewać się za pomocą portali społecznościowych, maili czy sms-ów, eliminując w zasadzie wspólne spotkania czy rozmowy. Norweski antropolog społeczny Thomas Hylland Eriksen słusznie zauważył, że mimo, iż jesteśmy świadkami niezwykłego rozwoju rozmaitych technologii oszczędzania czasu, to bardziej niż kiedykolwiek cierpimy na jego brak. To tak jakbyśmy nieświadomie stawali się niewolnikami technologii, która miała nas wyzwolić.

Skąd dowiedział się Pan o Stowarzyszeniu SOS Wioski Dziecięce?

To było kilka lat temu. Jakieś wielkoformatowe plakaty reklamowe, choć trudno nazwać je przecież reklamowymi, mijane w okresie świątecznym w drodze do pracy i do domu. Twarz dziecka, które zdawało się pytać, czy pomogę. I wreszcie obszerny materiał w „Tygodniku Powszechnym” w ubiegłym roku. O Wioskach SOS wiedziałem tyle tylko, że pomagają opuszczonym i osieroconym dzieciakom. Takim, o których los niespecjalnie troszczył się dotąd. Nawet nie wiedziałem, że samo Stowarzyszenie ma międzynarodowy charakter i że działa w ponad 130 krajach na świecie.

Dlaczego zdecydował się Pan wspierać podopiecznych Stowarzyszenia?

Nie chcę, żeby zabrzmiało to jak truizm, jakieś pustosłowie. Ale fajnie jest pomagać. Świat nie będzie gorszy, jeśli ci, którym wiedzie się lepiej, wesprą tych potrzebujących. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że będzie lepszy. A na dodatek rzecz idzie tutaj o dzieciaki. O dzieciaki, którym los nie sprzyjał już od początku. Przecież ktoś już bardzo wcześnie postanowił, w sposób zamierzony czy nie, że pozbawi te maluchy szansy na prawdziwy, bezpieczny dom i miłość. Bez pomocy będzie im naprawdę ciężko.

Co spowodowało, że został Pan Patronem?

Dla SOS Wiosek Dziecięcych, dla dzieci, ważna jest każda pomoc. Jednorazowa darowizna czy 1% naszego podatku. Ale, żeby myśleć o podarowaniu dziecku bezpiecznej przyszłości, niezbędne jest jednak stałe wsparcie. Takie, które pozwoli planować, myśleć o celach bardziej odległych, niż dzień jutrzejszy.

Na czym właściwie polega bycie Patronem SOS?

Bycie Patronem SOS to przede wszystkim wsparcie finansowe. 180 złotych miesięcznie to niewiele, ale jednak pozwala choć w części spełnić małe marzenia. Dzięki regularnej wpłacie darujemy dziecku sposobność uzupełnienia braków edukacyjnych. Pomagając pozwalamy rozwijać małe pasje i zainteresowania. Dobrowolna decyzja o zwiększeniu kwoty pomocy pozwoli wygospodarować środki na zakup komputera, kursy językowe czy ewentualne pokrycie kosztów związanych ze studiami. Oczywiście status Patrona SOS to nie tylko pomoc finansowa. To możliwość odwiedzin dziecka raz do roku, możliwość uczestniczenia w przeróżnych wydarzeniach organizowanych przez Stowarzyszenie. A dzieje się naprawdę wiele.

Jakie są korzyści uczestnictwa w programie?

Na korzyści staram się patrzeć wyłącznie z perspektywy dziecka z Wioski SOS. Dla mnie wielką rzeczą są już same informacje o dziecku, któremu pomagam. To, że raz w roku mogę je odwiedzić. Tak naprawdę to chyba chciałbym usłyszeć za jakieś 15-20 lat, że Amelka jest najzwyczajniej w świecie szczęśliwym człowiekiem. Że jednak udało się jej, wbrew wszystkiemu i na przekór wszystkim przeciwnościom.

Czego może spodziewać się osoba, która zdecyduje się na zostanie Patronem SOS?

Będzie szczęśliwsza, podobnie jak dziecko, któremu pomaga. Szczęśliwsza, bo pomaga małemu człowiekowi, któremu nikt kiedyś nie zamierzał pomóc. A że dziecko nie jest anonimowe, to fakt pomagania kreuje jednak określoną więź. Każdy Patron SOS może liczyć na to, że otrzyma informację o tym, jak dziecko się rozwija i dorasta. Jeśli jesteś Patronem SOS, możesz również odwiedzić dziecko, które wspierasz. Oczywiście, każdą darowiznę można odpisać od podatku.

Pamięta Pan swoją pierwszą reakcję, po otrzymaniu pakietu z informacją o dziecku, które objął Pan swoim patronatem?

Cieszyłem się jak dziecko na samą już myśl, że dotrze do mnie przesyłka. Otwierasz kopertę i czytasz. List powitalny na początek i najważniejsze, czyli informacja o samym dziecku i zdjęcie. To, że konstrukcja pomocy nie zakłada jednak anonimowości, sprawia, że już na wstępie nawiązujesz pewną swoistą relację.

Co Pan sądzi o funkcjonowaniu programu „Patron SOS” i komunikacji z darczyńcami?

Mam to szczęście, że działanie programu „Patron SOS” mogę ocenić z ponad rocznej perspektywy. To naprawdę fantastyczny pomysł. A komunikacja z darczyńcami? To co mnie ujęło już na samym początku, to niezwykłe zaangażowanie ludzi ze Stowarzyszenia. Przecież to olbrzymie przedsięwzięcie, a jednak nigdy nie wyczuwałem żadnej rutyny.

Czym dla Pana jest regularne wsparcie podopiecznych Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce?

Najważniejszy przelew miesiąca! I mówię to najzupełniej serio. Z jednej strony, dla darczyńcy, to zwykle niewielka kwota. A potrafi, taką mam nadzieję, zmienić na lepsze życie drugiego człowieka.

Program „Patron SOS” to tylko forma pomocy finansowej?

Nazwałbym to po prostu pomocą, ale oczywiście, że pieniądze przewijają się gdzieś w tle. I są jak najbardziej ważne. Jednak nie bez znaczenia jest sam fakt, że pomagasz małemu dziecku. Przecież te dzieci ktoś kiedyś opuścił. Niejednokrotnie długo czekały na pomocną dłoń, bo trudno gromadzie dzieci zadbać samodzielnie o siebie, gdy najstarsze ma zaledwie 10 lat. Więc pewno liczy się też to, że dziecko wie o tym, że pomagasz. Wie, że są jednak ludzie, dla których ono jest bardzo ważne. To pewno bezcenne.

Co powiedziałby Pan osobom, które chciałyby wziąć udział w programie, ale mają obawy dotyczące zaangażowania się w to dzieło?

Żeby się nie bali, bo nie o nich tutaj tak naprawdę chodzi. Albo nawet jeśli mają obawy, żeby i tak pomagali. Bo najważniejsze są te dzieciaki, nie my. Zresztą sam program uczy takiej pokory. Na początku pojawia się taka myśl z tyłu głowy: „Dlaczego nie mogę odwiedzić dziecka częściej niż raz w roku? Przecież pomagam”. Ale zaraz po tym przychodzi jednak refleksja, że program nie został stworzony dla darczyńców, tylko dla dzieci. Nie chodzi o to, by nosić w sobie jakieś poczucie szczególnej wrażliwości, lecz o to, by naprawdę pomagać. Jeśli zaakceptujesz to wszystko, to znikną wszelkie obawy związane z zaangażowaniem się w program.

Czy jako Patron SOS czuje się Pan członkiem Rodziny SOS?

Czuję się członkiem całego zespołu ludzi, który pomaga dzieciom. Czy czuję się członkiem tej małej Rodziny SOS? Dzieci mają swoją Mamę wioskową. Żyją razem na co dzień. I to jest prawdziwa rodzina. A ja mogę się jedynie cieszyć, że mój drobny gest coś zmienia.

Na jakie potrzeby dzieci może odpowiedzieć Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce przy pomocy darczyńców?

Przede wszystkim na potrzebę finansowego bezpieczeństwa. Takiego, które pozwoli najpierw dorównać dziecku do rówieśników, a później umożliwi rozwój jego autentycznych zainteresowań. Dzięki darczyńcom dziecko będzie mogło chodzić na basen, pójść do kina, na korepetycje. Robić to wszystko, co dotąd było zastrzeżone tylko dla innych. Być może dzięki takim właśnie szansom dziecko zacznie wzrastać w poczuciu, że jest „takie, jak inni”.

Jak wyobrażał Pan sobie SOS Wioskę Dziecięcą i opiekę nad dziećmi przed wizytą w Wiosce?

Chyba sobie nie wyobrażałem. Decyzja o odwiedzinach zapadła na kilka dni przed wyjazdem. Na dodatek musiałem pokonać zimą ponad 500-kilometrową trasę w 10-stopniowym mrozie. Choć oczywiście niepokój łączony z ciekawością gdzieś tam był. Zabrałem całą górę prezentów i wielkiego psa malamuta – Tośkę. Przecież malamuty kochają wszystkie dzieci, a wszystkie dzieci kochają wielkie psy. I z taką nadzieją ruszyłem do Kraśnika.

Jak opisałby Pan SOS Wioskę Dziecięcą osobie, która nie zna organizacji?

Powiedziałbym, że jak już zostaniesz Patronem SOS, to raz w roku dane Ci będzie trafić w niezwykłe miejsce. Do maleńkiego osiedla kilkunastu ślicznych domków, a w każdym mieszka jedna rodzina. Samo osiedle nie jest w żaden sposób wygradzane, więc gdybyś nic o nich nie wiedział, pewno minąłbyś je, jak każdą kolejną ulicę. Ale jak już tam trafisz i dzieci zabiorą Cię na spacer, to pokażą Ci boisko, plac zabaw, salę, gdzie prowadzi się dla nich zajęcia plastyczne i gdzie odbywają się seanse filmowe. Oczywiście, że dla dzieci będziesz z początku kimś obcym, więc na wszelki wypadek zabierz ze sobą malamuta (śmiech). To zawsze pomaga.

Co najbardziej zaskoczyło Pana po przybyciu do SOS Wioski Dziecięcej?

Chyba to, że mimo tych wszystkich złych doświadczeń i całej przeszłości, rodzina wioskowa jest taką prawdziwą rodziną. Prawdziwszą chyba, niż „normalne” rodziny, przy czym używam słowa „normalne” nie stygmatyzując rodzin wioskowych, a wręcz przeciwnie, komplementując je. Miałem okazję doświadczyć takiego autentycznego ciepła, wzajemnego zrozumienia i szacunku. Dzieci oczywiście jak to dzieci, pozostają w nieustannym sporze. Ale kilkanaście minut wystarczyło, by zrozumieć jedno – każde skoczyłoby za drugim w ogień. Bez chwili wahania.

Co zrobiło na Panu największe wrażenie podczas wizyty?

Z pewnością utkwiły mi w pamięci trzy sytuacje. Po pierwsze, taki prawdziwy obiad. Z rosołem z kluskami na początek i ciastem na deser na koniec. Wszyscy przy jednym stole – czwórka dzieci z Mamą SOS. Przyjemnie było usiąść do takiego stołu. Druga sytuacja dotyczyła telefonu, smartphone’a. Gdzieś tam sobie leżał w tle na blacie. Przez kilka godzin dzieci nie wykazały żadnej oznaki zainteresowania. Niepojęte, bo normalnie dziecko bierze do ręki wszystkie telefony, swoje czy nie swoje. I po trzecie wreszcie – szopka betlejemska. Czas moje wizyty zbiegł się z okresem świąteczno-noworocznym. I dzieciaki, cała czwórka, w pewnym momencie pojawiły się w pokoju naprędce przebrane, po czym odegrały prawie półgodzinną szopkę betlejemską. Śpiewały kolędy, podpowiadały sobie tekst, gdy jedno zapominało. Wyobrażasz sobie, że dzieciom chce się coś takiego przygotować? Nie oszukujmy się, dla większości dzieci czas Świąt to czas prezentów i czasu wolnego od zajęć szkolnych. Ale nie czas odgrywania szopek…

Jak przebiegała ta wizyta?

Zaczęło się od przywitania. Tak poznałem czwórkę rodzeństwa i ich wioskową Mamę. Dzieci były zachwycone wielkim psem, który dawał się przytulać z każdej strony. Później krótka wizyta u Dyrektora Wioski SOS, który przedstawił mi zasady pobytu w Wiosce, a następnie pokazał całe osiedle. Dowiedziałem się sporo o historii samego Stowarzyszenia, historii organizacji w Polsce oraz o samych wychowankach. Oczekiwany powrót do Rodziny SOS. Worki prezentów dla dzieciaków – potrafiły cieszyć się z każdego drobiazgu. Sam zresztą dostałem piękną kartonową choinkę, zrobioną własnoręcznie na warsztatach plastycznych. Długa rozmowa. Świąteczny obiad. Szopka betlejemska i spacer z psem w zasypanym śniegiem Kraśniku. Niestety, 5 godzin szybko minęło i trzeba było wracać. Ale warto było przejechać w ten mroźny dzień 1000 km.

Jakie wspomnienia w sercu zostaną?

To był również dla mnie dobry czas. Przez kilka godzin drogi powrotnej myślałem o tym, jakie to wszystko niezwykłe. Że oto mali ludzie, niemalże skazani na wykluczenie, po traumatycznych niejednokrotnie przejściach, potrafią wespół z jednym dorosłym tworzyć dom pełen miłości i ciepła. Dziecięcej beztroski, ale i odpowiedzialności za siebie. To trudne przecież dla każdej rodziny. A co dopiero dla rozbitych emocjonalnie dzieciaków. Choć może paradoksalnie te z Wioski mają prościej? Gdzieś tam podświadomie doceniają już samo to, że mogą być razem. Wioski SOS dają im poczucie przynależności. Oto jestem czyjś, a nie niczyj. Może wtedy łatwiej o budowanie relacji z rodzeństwem.

Jaką rolę pełnią Rodzice SOS? Jakie cechy musi mieć osoba decydująca się nad opiekę nad dziećmi w ramach Stowarzyszenia SOS?

Wioskowa Mama to mama z najprawdziwszego zdarzenia. Prowadzi z dziećmi dom, opiekuje się dzieciakami, troszczy o nie, dba o ich przyszłość, pilnuje postępów w nauce. Rozmawia, śmieje się, smuci, wstaje pierwsza, zasypia ostatnia. Musi przecież zadbać o to, by dzieci nauczyły się wszystkiego, co potrzebne w życiu. Tworzy rodzinną atmosferę, która rozwija dziecko emocjonalnie. A proszę pamiętać, że opiekuje się dziećmi zaniedbanymi, wyczerpanymi psychicznie. Dziećmi, które zawiodły się na dorosłych, i co gorsza na najbliższych, i przez to czują się niepotrzebne nikomu i niekochane. Więc Mamy Wioskowe to bez dwóch zdań naprawdę wspaniałe osoby. Zdyscyplinowane, odpowiedzialne, wyrozumiałe, stanowcze, pełne miłości, gotowe zrobić wszystko dla swoich dzieci.

Czy uważa Pan, że Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce jest organizacją godną zaufania i dlaczego?

Zdecydowanie tak. Stowarzyszenie działa w ponad 130 krajach na całym świecie. W Polsce od 30 lat. Transparentne zasady funkcjonowania. Tworzą je ludzie pełni pasji i zaangażowania. Tu nie wystarczy chłodna kalkulacja i ekonomiczny rachunek. Tym nie zarazisz innych. And last but not least – pomagają opuszczonym dzieciom. Już to powinno wystarczyć.

Jak zachęciłby Pan osoby do zostania Patronami SOS?

Jeżeli ktokolwiek może sobie pozwolić na comiesięczny wydatek w wysokości kilkuset złotych i chce zmienić życie malucha, z którym los obszedł się dużo gorzej niż z nami, powinien spróbować. Zmienisz czyjś mały świat. Dla Ciebie ten mały świat to jedynie część życia, dla dzieciaka to całe życie. Będziesz miał okazję patrzeć jak dziecko dorasta, jak się rozwija. A w przyszłości widząc, że Twój mały, dorosły człowiek, jest szczęśliwy- będziesz mógł się uśmiechnąć. Niewiele? Dla kogoś to najwięcej na świecie. Naprawdę warto pomagać.

Chcesz zostać Patronem SOS? Skontaktuj się z Joanną Sękiewicz, +882 133 387 lub napisz: patron@wioskisos.org.

Bloguję, wywiaduję i dzielę się tym, co usłyszę od strategów i psychologów biznesu. Jestem autorką książki „Twarze polskiego biznesu. Rozmowy na kawie”, w której zamieściłam 10 humanistycznych wywiadów z czołowymi twórcami polskiego biznesu. Fascynują mnie świadomi i mądrzy liderzy, relacje uczeń-mistrz i procesy zmian. Podpisuję się pod słowami Brene Brown: „Wrażliwość nie jest oznaką słabości. To matka kreatywności, innowacji i zmian”.