Łukasz Jakóbiak: w takich rozmowach nie chodzi tylko o to, żeby mówić, słuchać i mówić dalej

przez  |  Brak komentarzy

– Angielski mnie paraliżował kompletnie i zdecydowanie. Szczególnie wtedy, gdy szedłem w angielskojęzyczne towarzystwo. Bałem się konfrontacji. Jeśli już do niej dochodziło to myślałem, że umrę – mówi Łukasz Jakóbiak, pomysłodawca i twórca 20 m2.

Mimo to, Łukasz Jakóbiak ponad tydzień temu osiągnął swój kolejny cel. Przeprowadził wywiad w języku angielskim z magikiem, Dynamo. W naszej rozmowie Łukasz opowiada o wyzwaniach przy realizacji programu, autorskich warsztatach motywacyjnych oraz o mocy wizualizacji.

Uff, to już za Tobą. Pierwszy wywiad przeprowadzony po angielsku. Jak się z tym czujesz?

Łukasz Jakóbiak: Teraz, gdy już wywiad z Dynamo jest w sieci, to czuję się z nim fantastycznie. Miałem świadomość swojego słabszego języka angielskiego i z pełną szczerością uprzedziłem o tym ludzi. Wiem, że nie jest idealny.

Ale też wiesz, że ta rozmowa wyszła super?

Tak, spotkała się z pochlebnymi opiniami. Jednak widzisz, w takich rozmowach nie chodzi tylko o to, żeby mówić, słuchać i mówić dalej. Ważne też jest to, żeby wyłapać istotne konteksty. Wyłapać to, co mówi nasz gość, a czasami ukryte jest to między wierszami. To kluczowe, aby usłyszeć odpowiednie zdanie, a w związku z nim pewne emocje. I to jest prawdziwym wyzwaniem. Świetnie z resztą zmierzam się z nim, gdy prowadzę program w języku polskim. Bez problemu wytwarzają się ciekawe emocje. A, gdy wywiad jest po angielsku, to mimo wszystko, słyszę swój akcent, wiem, że robię jakieś błędy…

Chociaż można spojrzeć na to w dwojaki sposób. Ludzie zawsze oceniają siebie inaczej. Może są bardziej krytyczni i szukają dziury w całym? Jeżeli angielski był zawsze moim wielkim kompleksem, to nie wiem, co by musiało się zdarzyć, żebym ocenił siebie i ten angielskim w jakiś superlatywach.

Co musiałoby się zdarzyć?

Pewnie trzeba byłoby przeprowadzić z 10 takich wywiadów. Tutaj ważne jest nie tylko to, że z odcinka na odcinek będę wiedzieć więcej, ale mój odbiór siebie i tego mojego angielskiego stanie się pozytywny i naturalny, bez zakłóceń. Dlatego szkolę język na regularnych zajęciach lekcyjnych.

Jak się czułeś przed wywiadem z Dynamo?

Przede wszystkim wypiłem cztery kawy i to nie było potrzebne. Wywiad więc zacząłem z wysokiego C, czyli krzyczałem! Nawet, jakbyśmy chcieli po nagraniu ładnie materiał pociąć i przygotować do publikacji, to akurat z tym krzykiem niewiele dało się zrobić. To moje “Hello Dynamo” było tak głośne, że musieliśmy je ściszać. Dzień wcześniej za to nie stresowałem się wywiadem, ale czymś innym.

Stresował mnie plakat z napisem Dynamo, który zawiesiłem na bloku. Cała historia nauczyła mnie tego, żeby do akcji, które sobie wymyślam nie angażować ludzi, których nie znam. A w tym przypadku byli to sąsiedzi. Stresowało mnie to, że im zajmuję czas i czułem się z tym kompletnie niekomfortowo.

Dlaczego w ogóle się na to zdecydowałeś?

Podjąłem decyzję na “tak” przede wszystkim dlatego, że to był mój pierwszy wywiad po angielsku. Zależało mi, aby go uczcić. Poza tym to też ukłon w stronę gościa. Im bardziej go zaskoczę, to wywiad będzie też lepszy. Po drugie, chciałem zrobić coś spektakularnego, bo wtedy miałem większą szansę na to, żeby rozmowa rozniosła się po świecie. Chcę się identyfikować z tym, że jestem jedną z najbardziej kreatywnych osób.

Jak reagowałeś na stres, który towarzyszył przy tworzeniu tego odcinka?

Było go na tyle dużo, że po prostu potrzebowałem się zrelaksować. Włączyłam sobie ukochany utwór, myślałem sobie co się wydarzy, jak opublikuję wywiad z Dynamo.

Wizualizacja pomaga Ci zawsze i wszędzie?

Raczej tak. Jak mam jakiś cel do zrealizowania, to idę sobie do SPA na masaż i ustawiam sobie listę utworów do słuchania. Chociaż najlepiej jest słuchać tylko jednej melodii, który będzie leciała w kółko. To ważne, żeby muzyka wspierała przy myśleniu, a nie przeszkadzała. I żeby nagła zmiana utworu nie wybijała mnie z rytmu. Mogę słuchać jednego utworu godzinami…

Czyli nie chodzi tylko o spisanie celów na kartce i działanie, ale również o podejście do wszystkiego z harmonią i siłą?

To prawda. Kartka kartką, ale przecież ciągle i tak wymyślałam coś nowego. Dodaję do celów kolejne projekty, kolejne cegiełki. Chcę przy tym czuć się komfortowo.

Sam dokładasz cegiełki czy inspirujesz się też działaniami innych?

Rzadko inspiruję się innymi. Czasami przeczytam czyjeś jedno zdanie, który wpędzi w ruch myślenie, np. o nowej aplikacji. Ale generalnie jestem daleki od inspirowania się, kopiowania, przekładania…

Czy sposób myślenia, którym się kierujesz wziął się z rozwoju osobistego?

Kilka lat temu nie wiedziałem, czym jest rozwój osobisty, co to motywacja i coaching. Myślę też, że na początku mojej drogi nie było miejsca na rozwój sam w sobie. Tam raczej była olbrzymia chęć do zmiany swojego życia. Nie nazywałem tego wtedy rozwojem osobistym.

Co motywowało Ciebie do zmiany swojego życia?

Motywował mnie sam fakt, że nie chciałem żyć tak, jak żyłem. A żyłem, według mnie, fatalnie, bo jak za mgłą. Nie zdawałem sobie sprawy kim jestem, gdzie jestem i czułem się jak w obcym świecie. Nie byłem zadowolony z tego, co się dzieje wokół mnie. Moi znajomi wyjeżdżali na weekendy, bawili się. A dla mnie ten weekend, to był najgorszy czas, bo nie miałem możliwości, żeby gdziekolwiek się ruszyć i siedziałem w domu. Wyjście do sklepu było atrakcją. Motywacja do życia takiego, jakiego chcę, a nie takiego, w jakim przychodzi mi być – była naprawdę silna.

Co chciałeś w zamian?

Chciałem, żeby było stać mnie podróże, na rozwijanie się, na realizowanie swoich marzeń. Szedłem różnymi drogami, bo brak akceptacji miejsca, w którym się znajdowałem – prowadziła do działania. Szukałam siebie w wielu obszarach. A to robiłem dopinki do ubrań, które sprzedawałem w sklepie dla polskich projektantów, a to statystowałem, śpiewałem, projektowałem i sprzedawałem biżuterię w sklepie z diamentami.

Zawsze robiłeś tak dużo rzeczy?

Nie wiem czy dużo, bo przecież próbowałem różnych dróg, ale w różnym czasie. Na pewno były to dziwne działania i czasami spotykałem się z opiniami typu ”Łukasz, znowu coś wymyśliłeś!”. Cześć znajomych się przyglądała, kolejna kibicowała, a byli i tacy, którzy mówili, aby cokolwiek wyszło z tego, co robię i czemu poświęcam czas.

Trzeba podkreślić jednak, że miałem wiele projektów, które nie wychodziły lub nie dawały jakiegoś lepszego efektu. Dlatego szukałem rozwiązań. Tak po prostu. Jestem też zdania, że jeśli nam coś nie wychodzi, to może nie jesteśmy na tej właściwej drodze…

Chociaż tak wiele lat próbowałem dostać się do mediów, że też mógłbym powiedzie, że może to nie jest dla mnie! Pytanie, gdzie jest ściana, gdzie jest moment, w którym trzeba byłoby zakręcić? A tym bardziej, gdy czasami padają słowa od najbliższych, żebym zajął się wreszcie czymś, co daje zysk, co jest rentowne i z czego będzie kasa.

A Ty, jaki miałeś cel?

Zawsze chciałem robić coś, co wzbudza zainteresowanie, emocje innych, a jednocześnie może być moim sposobem na życie. Jestem na takim etapie, w którym wiem, że nie zrobiłem 20m2 żeby leczyć swoje kompleksy. Po prostu spełniam się w swojej pracy.

Prowadzisz też warsztaty motywacyjne. Kto do Ciebie przychodzi?

Mam nadzieję, że przychodzą osoby, które chcą zmotywować się do działania. Cieszy mnie fakt, że wiele osób jednak rusza do działania po uczestnictwie po moim wykładzie. Otrzymuje wiadomości, w których opisują mi swoje start-upy, i to jest  niesamowicie budujące.

Ci, co mądrzejsi i ci, co chcą – wprowadzają zmiany do swojego życia po moich wykładach. Ale to nie jest też tak, że programujesz kogoś i ktoś będzie stawiać kroki, których jesteś pewien,  bo tobie przyniosły korzyści.

Trzeba też pamiętać, że ludzie przychodzą na wykłady z różnych przyczyn. Jedną z nich jest to, żeby mnie zobaczyć, bo lubią mój program lub podoba im się droga zawodowa, którą obrałem. Z drugiej strony może być i tak, że są zainspirowani tym, jak doszedłem do tego, co mam. Ale też nie wszyscy potrzebują pomocy, wsparcia, motywacji. Nawet jeśli potrzebowaliby jej, to i tak niekoniecznie temat, który proponuję będzie tym, który ich popchnie w stronę zmian. Nie muszę trafiać do wszystkich grup i też nie zawsze wszystkim jest po drodze ze sobą. Dla mnie to jasna sprawa.

To, co mnie cieszy to to, jak dostaje po paru miesiącach (nie po dwóch, trzech dniach od wykładu) wiadomość, że ktoś zrealizował konkretne działanie, które wymagało od niego kreatywności, pracy, wysiłku. Dla mnie taka informacja jest dobra, bo oznacza, że moje warsztaty spełniają swoją funkcję. Mnie to cieszy.

Pochwal się jakimiś ludzkimi transformacjami, które obserwowałeś?

Wiele osób do mnie pisze o swoich zmianach. Była na przykład dziewczyna, która obejrzała mój wywiad i postanowiła wziąć swoje życie w ręce. Odeszła od męża, bo była nieszczęśliwa. Był też chłopak z Twojego Poznania, który rzucił pracę, której nie lubił i oddał się swojej pasji… Takich historii jest naprawdę dużo i one pokazują, że ludzie są gotowi na czasową niewygodę, bo zmiana się z nią łączy.

Myślisz, że ci ludzie są tak szczęśliwi, jak Ty?

Nie wiem, bo ten stan potrzeba dużo pracy, nie tylko motywacji.

Co jeszcze jest ważne?

Pewnie dla każdego są to inne składowe. Jak prowadziłem program przez pierwszy rok, to trudno było mi stwierdzić, że ja jestem jakoś szaleńczo szczęśliwy. I zadawałem sobie pytanie, “co jest?”.

Jak była odpowiedź?

Reasumowałem: mam program, który jest popularny i oglądany. Rozpocząłem współpracę z firmami, więc zarabiam. Mam wykłady i pochlebne opinie, ale nie byłem szczęśliwy. Takie odczucie nastało po roku i stwierdziłem, że czegoś mi brakuje.

Aż przyszedł moment, w którym nawiązałem dużą kooperacje, w której mój program i ja sam mielibyśmy przeprowadzić się do większego mieszkania. Niby byłem gotowy na taką zmianę, chociaż w sercu czułem, że coś jest nie tak. I jakimś cudem, wpadłem na pomysł, aby przeprowadzać wywiady w języku angielskim. I to było to! Angielski był wyzwaniem, który mnie poruszył.

I dał kopa do działania?

To, że w ogóle mówię, że nie umiem angielskiego, to jest sukces. Jeszcze parę miesięcy temu nie byłem w stanie przyznać się, że lecę na kurs języka na Maltę. Ale chciałem swój fatalny angielski i tak przekuć w plusa. Pokazać, że nawet teraz jestem w stanie prowadzić wywiad z obcym języku, bo chcę, bo wierzę, bo nauczę się!Kontraktewicz Photography

Angielski Ciebie paraliżował?

Paraliżował mnie kompletnie i zdecydowanie. Szczególnie wtedy, gdy szedłem w angielskojęzyczne towarzystwo. Bałem się konfrontacji, jeśli już do niej dochodziło, to myślałem, że umrę.

Trzeba stanąć przed sobą i powiedzieć, jakie obszary są do poprawy. To przecież konieczne do rozwoju.

Tak. Nawet kiedyś próbowałem podejść do nauki języka. Nie udało się, bo chciałem się go nauczyć bez powodu. Nie miałem wewnętrznej motywacji. Nie czułem satysfakcji, która może płynąc ze swobodnego mówienia po angielsku.

A jak jest cel, to jest łatwiej. To daje na siłę, utrzymuje nas na powierzchni i mobilizuje do walki. Mój program 20m2 bardzo mnie motywuje i dlatego jestem w stanie dotrwać w działaniach do końca. Nie odpuszczam, tak jak np. ludzie przed wakacjami. Niby chcą mieć lepszą sylwetkę, ale nie ćwiczą, nie dbają o siebie.

Bo czasami szukamy powodów, a nie sposobów.

Myślę, że musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czego chcemy. Chodzi o wewnętrzną motywację, bo bez niej skuteczne działanie może być niemożliwe.

Jak zwiększać motywację wewnętrzną?

Wizualizujmy. Pójdźmy za głosem wyobraźni i powiedzmy sobie, czego dokładnie chcemy. Z pełną świadomością i wiarą w moc wypowiadanych słów. I poczujmy to! Poczujmy sytuację, w której się znajdujemy, gdy już spełni się to, o czym tak bardzo marzymy. Poczujmy to tu, w teraźniejszości.

Nic nas nie kosztuje wizualizowanie. Siedzimy i wymyślamy to, co nam się tylko podoba. To poczucie szczęścia w nowej dla siebie sytuacji może nas silnie motywować. Jeśli ktoś chce mieć duży dom, to niech wyobrazi sobie, jak po nim chodzi, jak zaprasza znajomych, jak piją sobie szampana, jedzą mango. Jest cudownie, fantastycznie. Wszyscy czują błogość i bawią się wspaniale.

A jak ktoś oprócz domu chce być bajecznie bogaty, to dokłada kolejną cegiełkę i wyobraża sobie, jak zaprasza do swojego domu przy plaży przyjaciół. Mówi do nich: “Wysyłam po was samolot, zapraszam do siebie. Nie martwcie się o nic, wszystko kupię na miejscu”. Trzeba to poczuć.

A co później?

Dzięki wizualizacji poznajemy nasze emocje. Widzimy, co się z nimi dzieje i jak na nas wpływają. Wtedy też możemy dojść do wniosku, że skoro inni tak żyją, to dlaczego nam miałoby się nie udać? Jeśli jesteś w stanie sobie coś wymyślić, to jesteś też w stanie to zrealizować.

Kolejnym krokiem jest konsekwentne i wytrwałe działanie, poruszanie się po wielu drogach.

Jakie masz następne cele?

Chce wystąpić u Ellen Degeneres.

Planujesz i wizualizujesz ten moment?

Jasne! Musiałem nauczyć się dobrze wykonywać swoją pracę, czyli przeprowadzać wywiady po polsku w taki sposób, aby były oglądane, budziły emocje, były wysokiej jakości. Później koniecznym krokiem, było robienie wywiadów po angielsku, z zagranicznymi gwiazdami. Będę przygotowywać je tak, żeby moi goście byli zadowoleni, żeby nie była to kolejna sztampowa rozmowa. Dzięki temu nasze rozmowy będą chcieli udostępniać dalej w sieci, w swoich kanałach social media. Poza tym non stop komunikuję to, że chcę się spotkać z Ellen. I tak właśnie będzie!

Dziękuję Łukasz za rozmowę!

Zdjęcia wykonane zostały przez Kontraktewicz Photography.

Bloguję, wywiaduję i dzielę się tym, co usłyszę od strategów i psychologów biznesu. Jestem autorką książki „Twarze polskiego biznesu. Rozmowy na kawie”, w której zamieściłam 10 humanistycznych wywiadów z czołowymi twórcami polskiego biznesu. Fascynują mnie świadomi i mądrzy liderzy, relacje uczeń-mistrz i procesy zmian. Podpisuję się pod słowami Brene Brown: „Wrażliwość nie jest oznaką słabości. To matka kreatywności, innowacji i zmian”.