Piotr Voelkel: kiedy startowałem, żona powiedziała, że jak nie zarobię na życie, to sprzeda swoje pierścionki

przez  |  Brak komentarzy

Od lat na listach najbogatszych Polaków. Założyciel m.in. Grupy Vox i współzałożyciel Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej. Znany jako szef dyktator, który wydaje krótkie i jasne komendy. Taki też był, gdy zarządzał kolegami na podwórku. Przyznaje jednak, że z wiekiem łagodnieje i bliska jest mu teraz wizja siebie jako… latawca. – Latawiec lata dzięki sznurkowi, który łączy go z ziemią. To symboliczne, bo chodzi o to, aby nie oderwać się od rzeczywistości. Marzyć, zmieniać się, rozwijać, ale też żyć w realnym świecie – tłumaczy Piotr Voelkel (wywiad dostępny jest w weekendowej edycji gazeta.pl).

Joanna Rubin: Miał pan kiedyś takie marzenia: stworzę sobie Grupę Vox, będę bogaty, kupię Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej?

Piotr Voelkel: Takich marzeń nie miałem. Tęskniliśmy z rodzicami i rodzeństwem za podróżami, żeby coś zobaczyć, kogoś poznać. Bardzo docenialiśmy właśnie takie momenty. Moi rodzice mieli niesamowitych przyjaciół. Odwiedzał nas wuj, który był przedstawicielem Sulzera na Polskę [szwajcarski koncern elektromaszynowy – przyp. red.]. W moich oczach to on był ze „świata” i na tych rodzinnych spotkaniach pachniało lepszymi papierosami. Przywoził bardzo dobre wino. Oczywiście nie chodziło o tytoń i alkohol, ale o zapach innej, interesującej rzeczywistości. Zajmująco opowiadał o Indiach, gdzie pracował, mówił jak w tamtejszym upale funkcjonował Moja historia, zainteresowania, pasja zaczynają się od tego, że jestem ciekawy świata.

Dziś również świat pana ciekawi?

Oczywiście. Ciekawość nieustannie mnie napędza.

I dlatego zajął się pan biznesem?

Z biznesem wystartowałem po zakończeniu 6-letniej współpracy z Polskim Teatrem Tańca w Poznaniu. Byłem tam szefem technicznym i nauczyłem się realizować nawet najbardziej skomplikowane wizje artystów. Wtedy z teatru odeszło nas wielu. I miałem do wyboru pracę w innym teatrze albo założenie własnej firmy. Ta druga opcja łączyła się z różnymi zagrożeniami, ale i z ciekawymi wyzwaniami.

Ktoś pana wspierał w tej decyzji?

Bardzo pomogła mi moja żona. Powiedziała, że jak nie zarobię na życie, to sprzeda swoje pierścionki, które dostała od babci. Z kolei ojciec zaoferował, że przez miesiąc mnie utrzyma, gdybym nie wystartował w porę. Postawa bliskich mi osób była niesamowicie ważna. Tak się złożyło, że pierwszy, drugi, trzeci miesiąc jakoś się udało zamknąć. Ale strach finansowy na pewno był i dlatego mówię o tych pieniądzach i o gwarancjach pomocy ze strony ojca i żony. Wtedy też sam byłem już ojcem, więc to nie były przelewki.

Skoro miał pan tyle lęków i obaw, skąd nadzieja, że się uda?

Obserwowałem świat, tak po prostu. Ale pamiętam też sytuację, gdy poszedłem z żoną założyć konto do banku rzemiosła. W kolejce do kas stało wielu rzemieślników, takich prostych facetów, którzy wypłacali spore kwoty. Powiedziałem wtedy do żony: „Też dam radę”.

Skąd bierze się u pana to myślenie: „Dam radę!”?

Moim zdaniem wszystko zaczyna się od przekonania, że jesteśmy sprawcą tego, co wokół nas się dzieje, że jesteśmy częścią świata i możemy mieć na niego wpływ. Nie jesteśmy ofiarą tego, o czym zdecydował ktoś inny, i nie musimy jedynie pokornie przyjmować wyroków losu. U podstaw tego wyboru jest jednak poczucie wartości, wiara w to, że coś znaczę. Jeśli jako dziecko jest się turbowanym, bitym przez rodziców, to łatwo przyjąć przekonanie, że cały świat jest nieprzyjazny, wrogi i pozostaje tylko poddać się cudzym rozkazom.

A jak to było u pana?

Przemocy w domu nie zaznałem, więc może dlatego wyrosłem na człowieka, który się nie boi, który wie, że może mieć swoje zdanie. W moim domu dzieci miały prawo głosu. Do dziś bardzo cenię sobie wolność, nawet jeżeli odbywa się to kosztem poczucia bezpieczeństwa.

Pana przyjaciel psycholog Wojciech Eichelberger uważa, że zainteresowania z dzieciństwa mogą mieć wpływ na dorosłe życie. Jak wspomina pan dzieciństwo?

Mieszkałem w małym mieście, w Krotoszynie. Właściwie to na jego peryferiach. I tam był cały mój świat: rzemieślnicy, kowal i stolarz, który robił bryczki, chłop, który miał swoje krowy, konie, ale czasami musiał zabić świnię. Wiedziałem dzięki temu, jak wygląda życie i śmierć. Jako dziecko nieraz musiałam oskrobać wannę pełną ryb. Mój ojciec był lekarzem weterynarii, leczył zwierzęta, ale one też czasami zdychały. Z kolei na targ okoliczne chłopki przywoziły ser, masło, kury, jaja. To moje miasto było oswojone, bliskie, małe i bezpieczne. Jechało się po nim rowerem albo szło pieszo i wszystko było znane. Prawdziwe.

I ta codzienność tak pana interesowała?

Obserwowanie tego świata było dla mnie niezwykle ciekawe. A do tego miałem mamę, która uważała, że świat jest fascynujący. Robiła wszystko, żeby w nas ciekawość tego świata rozwijać. Mówiła, że nie sztuką jest zarobić, a sztuką jest dobrze wydać. Tak prowadziła domowe rachunki, że zawsze zostawało trochę pieniędzy na wakacje.

Dokąd jeździliście?

Na Węgry albo do Jugosławii. Nie chodziło tylko o podróże dalekie. Mama organizowała też wyjazdy do teatrów – do Wrocławia czy Poznania. Poznawałem z jednej strony świat realny, codzienność, a z drugiej teatr, sztukę i wielkie miasta z ich bogactwem.

Jak to przekładało się na pana pasje?

Miałem i mam poczucie własnej wartości, a to przekłada się na to, że moje pasje nie gasną, gdy zderzają się z pierwszym lepszym lękiem. Poczucie własnej wartości daje odwagę, ale jego źródłem jest to, czy jesteśmy pożyteczni, potrzebni. Chętnie wchodziłem w różne relacje z ludźmi sztuki, szukałem też obszarów, w których możemy współpracować i po prostu zrobić coś razem.

Jakiś przykład?

Moja przyjaźń z Igorem Mitorajem zaczęła się od tego, że zorganizowałem mu trzy duże wystawy w Polsce: w Krakowie, Warszawie i w Poznaniu. Pracując wspólnie, poznaliśmy się bliżej i nabraliśmy do siebie szacunku. Igor docenił moje kompetencje.

Czyli kompetencje organizatora.

Tak, bo to było duże wyzwanie organizacyjne i logistyczne. Proszę sobie wyobrazić kilka tirów wypełnionych cennymi, wielkimi rzeźbami, które ustawialiśmy w zabytkowej przestrzeni tych trzech miast. Współpracowaliśmy z muzeami, w których były prezentowane jego rzeźby z marmuru. Takie trudne projekty tworzą związki, które trwają latami.

Jaki był pana pierwszy pomysł na biznes?

Zacząłem produkować podświetlane lustra, które widziałem w Niemczech podczas wyjazdów z teatrem. Okazało się, że były zbyt innowacyjnym produktem jak na nową, startującą firmę. Chociaż to było genialne lustro, w którym nawet starsza osoba nie miała zmarszczek. Jednak mało kto to doceniał i niewiele brakowało, żebym zbankrutował.

Brak zmarszczek? To chyba dobrze!

No niby tak, ale moje lustro wisiało wśród wielu innych w sklepie, czasami zbyt wysoko. Klienci nie znali tego rozwiązania i nie umieli go docenić.

Czego nauczyła pana ta historia?

Produkty innowacyjne wymagają mądrej i skutecznej komunikacji. Trzeba ją też zaprojektować i przebadać. Ludzie nie zauważają na półce produktów, jeśli ich nie znają. Są nawet badania mówiące o tym, że jak czegoś nie umiemy nazwać, to tego nie kupimy. Co ciekawe, kobiety nie kupią mebla w kolorze, którego nie umieją nazwać.

Widzi pan jakieś powiązanie interesu z lustrami z tym, czym się pan teraz zajmuje?

Prawdę mówiąc, cały czas mi się to przydarza. Ciągle chcę robić rzeczy, których jeszcze nie ma albo takie, które są zaskakujące, nowe, innowacyjne. Dlatego szukam potrzeb człowieka, których on sam jeszcze sobie nie uzmysłowił. Używam w tym procesie zespołów o szerokich kompetencjach, chętnie współpracuję z psychologami czy antropologami. Wiem, że im bardziej innowacyjny produkt, tym bardziej trzeba myśleć nad komunikacją. W innym przypadku ludzie nie będą rozumieli, o co w naszym projekcie chodzi.

Podobno zawsze zarządzał pan twardą ręką.

To inna historia. Na tej mojej prowincji, na peryferiach miasta, było dużo chłopów, którzy mieli silnych i wyrośniętych, starszych ode mnie synów. W bójce nie miałem żadnych szans. Próbowałem więc chłopakami zarządzać. Uczyłem się, jak mieć twardą rękę, pokazać swoją przewagę, wyznaczać cele i granice. To wymagało zdecydowania, siły psychicznej i wyobraźni. Proponowałem wspólne zabawy, turnieje. Aż przyszedł czas, w którym to ja decydowałem, w co się bawimy, komu zrobimy psikusa, co wspólnie zbudujemy. Wypracowałem to sobie. Zrozumiałem też, że ludzie lubią mieć przywódców.

Pan też?

(śmiech) Może inaczej: większość ludzi lubi mieć przywódców i osobę, na której mogą polegać. Ale też lubią przerzucić na nią odpowiedzialność, czasami nawet za całe swoje życie. Oczywiście mówię już o skali makro. Nie mam na myśli moich doświadczeń z lat chłopięcych.

To co z tą pana twardą ręką?

Model przywództwa bardzo się zmienia. Odchodzimy od lidera macho, który wszystko wie najlepiej. Wydaje krótkie, jasne komendy. Idziemy raczej w kierunku przywódcy, który zarządza miękko, wciąga w proces tworzenia. Ja byłem przywódcą, który brał ryzyko i odpowiedzialność na siebie.

Trochę trudno mi wyobrazić sobie takiego Piotra Voelkela.

Bo łagodnieję. To też jest jeden z efektów znajomości ze wspomnianym Wojtkiem Eichelbergerem. Mam tu na myśli poszukiwanie i lepsze zrozumienie relacji międzyludzkich. Interesujące wydaje mi się przekonanie Wojtka, że świat jest jednością, holistyczną całością, która się wzajemnie przenika.

Holistyczną całość widzę też w pana Collegium Da Vinci (wcześniej Wyższa Szkoła Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa). Z kolei zastanawiam się, czy korzystając z modelu holistycznego, kierowałby pan Grupą Vox?

Myślę, że tamto zarządzanie było na inne czasy, na inną sytuację w kraju. Mam tu na myśli gospodarkę po 1989 roku, kiedy firmy mogły nabierać rozpędu. Wtedy zarządzałem jak człowiek, który wie lepiej, bo dużo doświadczył. Z teatrem często byliśmy na Zachodzie. Później, mając już małą, ale własną firmę, dużo eksportowałem. Miałem kontakt z rynkiem niemieckim i znałem zachodnią gospodarkę. A w kraju Leszek Balcerowicz wprowadził rewolucję, którą rozumiałem i wiedziałem, jak mam się w jej obliczu zachować. To dla wielu Polaków była jednak nowa rzeczywistość. Wokół mnie byli ludzie, którzy wychowali się w komunie, pracowali w państwowych firmach i dla nich nowy ład w Polsce był wyzwaniem. W takiej sytuacji stawałem się przywódcą dyktatorem, ponieważ wiedziałem, dokąd możemy wspólnie iść.

A ludzie już nie.

Mogli jedynie się domyślać. Całą socjalistyczną ekonomię, planowanie i ten bełkot trzeba było wrzucić do pieca. Czyli wszystko, czego się nauczyli, raptownie nie miało praktycznej wartości. Bo czasy się zmieniły. Moja dyktatura była metodą na skróty.

Przywódców pan nie ma, ale może są tacy, którzy pana inspirują?

Mam generalnie wielkie szczęście do ludzi. Moja ciekawość zaowocowała tym, że poznałem najbardziej interesujących ludzi na świecie. I mam z nimi bardzo dobre relacje, często przyjacielskie, bardzo serdeczne. To powoduje, że mogę czerpać z ich doświadczeń, wiedzy. Nie ulega wątpliwości, że jedną z takich kluczowych osób jest Wojtek Eichelberger, dzięki któremu zweryfikowałem wiele poglądów. Poznałem również wyjątkowych ludzi w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. I sam fakt, że stałem się współzałożycielem tej uczelni, otworzył mi głowę na zupełnie nową wiedzę. Znacząca w moim życiu jest też sympatia z artystami, wybitnymi ludźmi sztuki, teatru, muzyki. To wszystko pokazuje świat z zupełnie innej perspektywy, jest niebywale kształcące i inspirujące.

Jest jakieś motto, które pana na chwilę ostatnio zatrzymało?

Po raz kolejny oglądałem spektakl „Wymazywanie” Krystiana Lupy i tam pada takie stwierdzenie, że człowiek jest tak długo człowiekiem, jak długo się rozwija. Świetnie obrazuje to latawiec, który jest nim tylko wtedy, gdy lata, bo jak leży na ziemi, to jest zwykłym kawałkiem papieru i drewienek. Latawiec lata też dzięki sznurkowi, który łączy go z ziemią. To symboliczne, bo chodzi o to, aby nie oderwać się od rzeczywistości. Marzyć, zmieniać się, rozwijać, ale też żyć w realnym świecie. Być potrzebnym, pożytecznym. Gotowość do zmiany to ważne wyzwanie.

Myślę, że istotne jest też, aby walczyć z przeświadczeniem, że tylko ktoś, kto nie zmienił poglądów, jest godny szacunku. Czynimy zarzuty Kołakowskiemu czy Miłoszowi, że się zmienili. Nic głupszego! Jeśli zmiana jest uczciwa, a nie taka koniunkturalna, to należy ją cenić, podziwiać.

A pan dokonuje zmian w sobie?

Na tym polega właściwie całe moje życie i jego uroda. Stale uczestniczę w zmianie. Stale rozstaję się ze swoimi przekonaniami.

Jakie to ma przełożenie na codzienność, pieniądze i biznes?

Wiem, że zmiany są ważne. Tworzymy produkty, które często są unikalne, wcześniej nieznane i coraz bardziej doceniane na świecie, np. w Niemczech czy w krajach arabskich. Nie zawdzięczamy tego niskiej cenie, ale temu, że odkrywamy nowe potrzeby ludzi, a czasami ich marzenia. Często idziemy w przeciwnym kierunku niż wszyscy, bo wiemy, jak radykalnie zmieniają się oczekiwania klientów.

Spełnia pan swoje marzenia?

Rzadko robię coś wbrew sobie. Może słowo „marzenia” nie jest adekwatne. Nie marzyłem o SWPS-ie, ale jak pojawiła się możliwość, żeby zainwestować w tę świetną szkołę, uznałem, że to wyjątkowa szansa.

Istotne jest, aby nie tracić okazji, które się pojawiają na naszej drodze. Ludzie czasami z lęku, głupoty, braku wyobraźni rezygnują z sytuacji, które życie im przynosi. Potem się dziwią, że to ich życie jest błahe i banalne, ale oni swoje wielkie okazje odpuścili. A ja po prostu chciałem żyć w zgodzie ze sobą. W większości przypadków zawsze robię to, co chcę, i korzystam z tego.

Zawsze tak było?

Sytuacje, które przeżywałem, a które uważałem za porażki, dały mi w sumie doświadczenie i na końcu okazały się ważne i potrzebne. Czasami dla obrony własnych wartości rezygnowałem z kariery lub intratnej posady. Moje odejście z teatru przecież wielu uważało za błąd. Byłem ich zdaniem w wyjątkowym miejscu, podróżowałem po świecie, zarabiałem dolary, znałem artystów. Własna, mała firma też wydawała się im nie najlepszym pomysłem. Ale jak wspominam swoje początki, czyli to, że musiałem wszystko wykonać sam i godzinami pracowałem fizycznie, to mam poczucie, że byłem szczęśliwy. Wracałem do domu po pracy i byłem psychicznie wypoczęty, w bardzo dobrej kondycji. Miałem ochotę na spotkania z przyjaciółmi. Oczywiście, byłem zmęczony fizycznie, ale wystarczyło usiąść, aby to zmęczenie minęło. I dziś wiem, że decyzja o firmie była kluczowa.

A teraz jest pan szczęśliwy?

Też jestem szczęśliwy. Jak każdy borykam się z przeszkodami, jakie niesie życie. Bywa, że szkodzą mi ludzkie słabości, i takie sytuacje trudno nazwać radością. Ale przecież i po tym zostaje cenne doświadczenie.

Dalej >>  (wywiad dostępny jest w weekendowej edycji gazeta.pl).

Piotr Voelkel. Przedsiębiorca, znawca sztuki i promotor polskiego designu. Z wykształcenia inżynier. Od lat na liście stu najbogatszych Polaków. Według rankingu tygodnika „WPROST” zgromadził majątek rzędu 320 mln zł. Jest założycielem i współwłaścicielem Grupy Kapitałowej Vox – firm z branży budownictwa, wykończenia i aranżacji wnętrz. Produkują setki tysięcy mebli rocznie. Współzałożyciel Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej oraz Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa (aktualnie Collegium Da Vinci). W roku akademickim 2013/2014 do tych szkół uczęszczało 18 tys. studentów. Współtwórca Concordia Design, centrum designu i kreatywności w Poznaniu, oraz School of Form. Prezes Wielkopolskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, którego kolekcja współtworzy stałą ekspozycję sztuki współczesnej w poznańskim Muzeum Narodowym. Został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla rozwoju i promocji polskiej przedsiębiorczości oraz za osiągnięcia w działalności społecznej. Do pracy jeździ rowerem.

Bloguję, wywiaduję i dzielę się tym, co usłyszę od strategów i psychologów biznesu. Jestem autorką książki „Twarze polskiego biznesu. Rozmowy na kawie”, w której zamieściłam 10 humanistycznych wywiadów z czołowymi twórcami polskiego biznesu. Fascynują mnie świadomi i mądrzy liderzy, relacje uczeń-mistrz i procesy zmian. Podpisuję się pod słowami Brene Brown: „Wrażliwość nie jest oznaką słabości. To matka kreatywności, innowacji i zmian”.