Stworzyli pierwszy w Polsce e-kantor. Dziś osiągają 10 mld zł obrotu rocznie z wymiany walut

przez  |  Brak komentarzy

Zaczynali bez pieniędzy i bez doświadczenia. Z komputerem, który rozgrzewał się pół godziny. Ich internetowykantor.pl, pierwszy polski e-kantor, zdobył nagrodę dla najszybciej rozwijających się technologicznie firm w Europie Środkowej. Dziś z usług Łukasza Olka i Michała Czekalskiego korzysta 370 tysięcy osób, a ich biznes jest wizytówką Poznania. Kuzyni są jednymi z bohaterów mojej książki „Twarze polskiego biznesu. Rozmowy na kawie”.

Pamiętacie jeszcze, jak wyglądały pierwsze dni założonej przez was firmy internetowykantor.pl?

Łukasz Olek: Jasne! Aby spełnić wymogi prawne związane z prowadzeniem kantoru (mimo że internetowego), musieliśmy wynająć mały lokal. Było to nie więcej niż 20 metrów kwadratowych. Powiesiliśmy na ścianie tablicę z walutami i cenami. Były dwa biurka i my…(śmiech)

Michał Czekalski: Wszystko działało „na drutach”. Musieliśmy przychodzić pół godziny wcześniej do pracy, aby odpalić stary komputer, który służył nam za serwer. Zupełny „greenfield”, nie mieliśmy zielonego pojęcia o niczym. Ile ludzie mogą wymieniać pieniędzy w kantorze? 200 euro? 500 złotych? Pewnie mniej więcej tyle, zobaczymy…

Jaka więc była pierwsza transakcja?

Michał: 1840 złotych. To był szał i wielkie szczęście. Zupełnie nie spodziewaliśmy się takiej kwoty na start! Później przyszła refleksja, że gdybyśmy mieli samych klientów, którzy wymienialiby tylko 1000 czy 2000 złotych, to daleko nie zajedziemy.

Pamiętna była dla nas transakcja pana komornika, który przyszedł do nas z walizką pieniędzy. Ze 20 minut tłumaczyliśmy mu, że my nie wymieniamy stacjonarnie gotówki, tylko wirtualnie, przez internet. A również dlatego, że w kasie, na miejscu, mieliśmy po kilka banknotów w obcej walucie. Na pewno nie równowartość tej walizki, z którą przyszedł klient. On natomiast wciąż powtarzał, że podobają mu się nasze kursy i że koniecznie chce wymienić pieniądze u nas. Udało nam się go przekonać do realizacji transakcji online. Później był bardzo zadowolony.

(na zdjęciu: Michał Czekalski oraz szkice Ewy „Ewasome” Góreckiej)

Michal-Czekalski-fot-Magda-Olek-Po-prawej-strony

Łukasz: Ta edukacja klientów była i jest ważna. Kluczowe jest zaufanie i spełnienie obietnic dawanych klientom. Ten pan z walizką pieniędzy rzeczywiście wpłacił banknoty do banku, zrobił przelew, ale jednocześnie szybko przybiegł do nas i pilnował, czy aby na pewno jesteśmy uczciwi. (śmiech) Poczuł ulgę, jak zobaczył na swoim koncie wynik transakcji.

Kiedy przyszedł taki moment, że pomyśleliście, że wasz innowacyjny pomysł wymiany walut online się sprawdza? Że to jest sukces?

Łukasz: Pytanie o to, kiedy jest moment pewności, że biznes ruszył na dobre i że jest sukcesem, ma wiele wymiarów. To nie jest takie zero-jedynkowe. Na pewno pierwszy raz poczułem, że jest okej, kiedy przychody pokryły nam koszty. Tak się stało mniej więcej po roku pracy. Ale pamiętam też taki moment po dziewięciu miesiącach od startu, który dla mnie był krytyczny. Wiedzieliśmy, że wszystko się rozkręca i trzeba będzie zatrudnić pracowników. Ale to znowu rodziło kolejne ryzyko i pewne zmiany, bo trzeba było też poszukać nowego biura, czyli znacznie zwiększyć koszty stałe.

Chyba jak biznes się rozkręca, to jest dobrze? Dlaczego mówisz, że to był krytyczny moment?

Łukasz: Bo jeśli przychody w kolejnych miesiącach by zwolniły, to mielibyśmy trudności z opłaceniem pensji dla nowych pracowników i czynszu za biuro.

Michał: Przez pierwsze dwa lata było strasznie ciężko życiowo. Mam na myśli zmęczenie psychiczne, wypompowanie, poświęcenie rodziny. Przydała mi się szkoła z dzieciństwa, bo pracowałem kiedyś u mojego ojca i zostało mi takie myślenie, że pewne sprawy trzeba po prostu zrobić, dokończyć. Trzeba zakasać rękawy, zacisnąć zęby i wykonać zadanie. I szliśmy do przodu.

Z jakimi reakcjami spotykaliście się przy rekrutacji? Ludzie chcieli dołączyć do tego start-upu, rozumieli waszą ideę?

Michał: Nasz pierwszy informatyk przyszedł do nas, rozejrzał się po kantorze i z politowaniem podsumował to, co zobaczył: – Oo, widzę, że zaczynacie w garażu. Jak Steve Jobs. (śmiech) Na pewno w jakiś sposób ujmowaliśmy ludzi, pewnie naszą autentycznością i zaangażowaniem. Zresztą zależało nam, aby wszyscy się u nas dobrze czuli, mieli swobodę, ale też brali na siebie odpowiedzialność. Wszystkie procedury tworzyliśmy ad hoc, więc nie było też u nas żadnej biurokracji. Myślę, że to było fajne miejsce.

(na zdjęciu: Łukasz Olek oraz szkice Ewy „Ewasome” Góreckiej)

Lukasz-Olek-fot-Magda-Olek

Z kim lubicie pracować?

Michał: Z osobami ultrasamodzielnymi, niezależnymi. Kiedy można prowadzić komunikację, w której padają hasła i cele, a ci ludzie umieją je przełożyć na konkretne działania i rezultaty.

Łukasz: Jak było nas kilkoro, to chcieliśmy być silnikiem tego całego pojazdu, i to my go napędzaliśmy. Gdy firma się rozrosła i było nas więcej, musieliśmy nauczyć się delegować zadania i przekazywać innym odpowiedzialność za decyzje. Bo jeślibyśmy tego nie zrobili, to zespół zamiast pracować, czekałby na nasze zdanie.

Dziś Currency One to 100 pracowników, 370 tysięcy klientów i ponad 10 miliardów złotych obrotu rocznie. Z czego jesteście najbardziej dumni?

Michał: Z przeskoku mentalnego. Żyję pod tym względem na coraz fajniejszym poziomie. Jak myślę o perspektywie, jaką miałem pięć czy siedem lat temu, i porównuję z tym, gdzie jestem dziś, jakie mam plany i możliwości realizacji siebie, to widzę ogromny postęp i szalenie mnie to cieszy. Mam tu na myśli swój sposób patrzenia na świat, otwartość. Mnie właściwie nigdzie nigdy nie było wygodnie. Kompletnie nie wiedziałem, gdzie jest ten mój Święty Graal. Moi znajomi na studiach potrafili się określić – ktoś chce być księgową, ktoś maklerem czy doradcą finansowym. A mnie odrzucała wizja zamknięcia się w jakiejś zawodowej specjalizacji. Jedyne, co czułem, to to, że chcę prowadzić biznes. Nie miałem też żadnych wygórowanych ambicji i jak zakładaliśmy internetowykantor.pl, to nie chodziło nam po głowie, aby zatrudniać setki osób i robić międzynarodowy biznes. Nadal nie mam jasnej wizji siebie, ale teraz czuję odpowiednie momentum.

Łukasz, a co budzi twoją dumę?

Łukasz: Jestem dumny z tego, że się odważyliśmy wystartować z tą firmą. Na początku mieliśmy bardzo dużo znaków zapytania, wiele obaw. I nawet teraz, patrząc wstecz, widzę, że było mnóstwo czułych punktów, które mogły sprawić, że nasz biznes zwinąłby się błyskawicznie. To, co mnie cieszy, to pewnego rodzaju konsekwencja, stawianie małych, ale regularnych kroków.

Czy podobnie jak Michał nie miałeś skrupulatnego planu na siebie?

Łukasz: Gdy w 2004 roku kończyłem studia informatyczne, zupełnie nie wiedziałem, co dalej. Pewnie dlatego podjąłem decyzję o przedłużeniu edukacji i rozpoczęciu studiów doktoranckich. Czuję dużą potrzebę niezależności i typowa praca informatyka w korporacji nie była dla mnie. Chyba potrzebowałem czasu, żeby dojrzeć do decyzji o własnej firmie i zebrać się na odwagę.

Ciągle słyszę o tym, że nikt nie chce pracować na etacie.

Michał: Etat jest sprzeczny z moim stanem ducha. (śmiech) Aczkolwiek może w mojej podświadomości funkcjonuje takie małomiasteczkowe pojęcie etatu, czyli powtarzalnej pracy „od do”. Ludzie na umowach też robią fajne rzeczy.

Od razu wiedzieliście, że chcecie prowadzić razem firmę?

Łukasz: Jesteśmy kuzynami, wychowywaliśmy się ze sobą i na pewno miałem do Michała dużo zaufania. Chętnie konsultowałem z nim wszystkie swoje pomysły biznesowe. Michał studiował w Akademii Ekonomicznej, więc dobrze czuł tematy związane z zakładaniem i prowadzeniem firmy. A ja świetnie czułem się w programowaniu, tworzeniu systemów informatycznych. I myślę, że Michał miał podobnie, tylko w drugą stronę – potrzebował wsparcia IT. Różnorodność dała siłę.

Zawsze było tak różowo?

Łukasz: Nie. Nie czuliśmy wielu swoich pierwszych pomysłów.

Na przykład?

Łukasz: Zaangażowaliśmy się w realizację narzędzia do zarządzania wydatkami osobistymi, które miało być integrowane w systemach transakcyjnych banków. Kilka miesięcy szukaliśmy partnera biznesowego, rozmawialiśmy z bankami, ale nikt nie podejmował dalszych kroków ze względu na to, że zupełnie nie mieliśmy doświadczenia. Temat ucichł i zrezygnowaliśmy z tego projektu.

Michał: Trzeba przyznać, że równolegle mieliśmy wiele innych swoich zajęć, na przykład tych związanych z uczelnią. Spotykaliśmy się od czasu do czasu, by dyskutować nad różnymi rozwiązaniami. Moment, w którym w pełni zaangażowaliśmy się w biznes, to początek firmy internetowykantor.pl.

Co na tym starcie było najważniejsze?

Michał: Zaufanie. Jestem pewny, że nie udałoby nam się bez wzajemnego zaufania. Dużo improwizowaliśmy, ale jednocześnie ufaliśmy czasami kompetencji, częściej intuicji drugiej osoby. Dzięki temu mogliśmy w ten projekt się rzucić, w pełni zaangażować – bez wzajemnej kontroli, ale ze wspólną odpowiedzialnością. Mam przekonanie, że nie miałbym szans zrealizowania tego projektu bez Łukasza.

Czytaj cały wywiad >> na weekend.gazeta.pl

Joanna-Rubin-fot-Emilia-Staszkow-i-jej-ksiazka

Bloguję, wywiaduję i dzielę się tym, co usłyszę od strategów i psychologów biznesu. Jestem autorką książki „Twarze polskiego biznesu. Rozmowy na kawie”, w której zamieściłam 10 humanistycznych wywiadów z czołowymi twórcami polskiego biznesu. Fascynują mnie świadomi i mądrzy liderzy, relacje uczeń-mistrz i procesy zmian. Podpisuję się pod słowami Brene Brown: „Wrażliwość nie jest oznaką słabości. To matka kreatywności, innowacji i zmian”.