To miało się nie udać #startup

przez  |  Brak komentarzy

– Nie było łatwo, bo w Polsce często słyszeliśmy od kooperantów, że zaczną z nami współpracę, ale wtedy gdy pochwalimy się długą listą dystrybucyjną. W innych częściach Europy z kolei w ogóle jest odwrotna filozofia prowadzenia biznesu. Tam doświadczyliśmy tego, że właściciele poszczególnych sklepów czy centrum fitness cieszyli się, że maja nas w swojej ofercie jako pierwsi – tłumaczy Monika Kowal, współtwórczyni SOTI Natural.

Opowiada też o tym, co jest ważne w prowadzeniu biznesu. Misja i patrzenie w tym samym kierunku. Brzmi idealistycznie? Chyba nie, bo w tle tej historii jest jedno sprzedane mieszkanie i blisko 10 lat podążania do poznania technologii, którą wielu naukowców i osób z branży kwitowało krótko: „To się nie uda!”.

Joanna Rubin: Czytałam w Forbsie, że w firmę zainwestowaliście prawie 2 mln złotych. To prawda, że do tego przemierzyliście pół świata, aby poznać technologię produkcji herbaty, a największym wyzwaniem i tak było wymyślenie nazwy produktu?

Monika Kowal: (śmiech) Wyobrażasz sobie? Wszystko gotowe: receptura, technologia, plany finansowe, ale nie było nazwy i żadnej w ogóle nie czuliśmy. Nic nam nie przychodziło do głowy. Zrobiliśmy nawet konkurs w Internecie i dostaliśmy ogromną ilość zgłoszeń, inspiracji, pomysłów. Nic nie działało, żadna nie spełniała tak naprawdę naszych oczekiwań. Nawet zastanawialiśmy się, czy może nie jesteśmy za blisko tego projektu i dlatego tak trudno nam było podjąć decyzję odnośnie nazwy. Chcieliśmy, aby była idealna, łatwa do wymawiania, ale i do zapisywania.

Czyli jak powstało właściwie SOTI?

Robiąc kolejną mapkę, drzewo skojarzeń, już prawie na totalnym wykończeniu napisałam na kartce TISO, potem słowo odwróciłam i wyszło SOTI. To był moment eureka, którego każdemu życzę. Nagle poczułam, że to jest coś w stylu „sooo tea”, jak najwięcej herbaty w herbacie. I naszkicowaliśmy logo, a później grafik przejął działania.

Dlaczego większość zielonych herbat to tak naprawdę pic na wodę?

O! Spytaj proszę producentów czemu sprzedają zieloną herbatę, w której nie ma zielonej herbaty? (śmiech) Być może wierzą, że ich klienci są tak uzależnieni od nienaturalnego smaku, że napój musi być słodki, ulepszany. Wierzą też, że cena gra rolę i zawsze musi być niska. A gdzie jest jakość? Niestety, nawet herbaty w torebkach to bardzo często pył herbaciany, barwiony lub z dodatkiem aromatów…

Gyokuro- na bazie, którego powstaje SOTI smakuje specyficznie, ale to produkt naturalny. Byliście przekonani, że w Polsce znajdą się chętni na Waszą herbatę?

Chcieliśmy zainspirować Polaków do Gyokuro, ale przede wszystkim my byliśmy przekonani, że potrzebujemy takiego napoju i w ostateczności sami go będziemy pić (śmiech). O samych liściach herbaty Gyokuro dowiedzieliśmy się od modelek, w Japonii. One, mając bardzo intensywny tryb życia, piły tą herbatę i bardzo ją chwaliły. Mówiły nawet, że to sekret długowieczności. Liście herbaty uprawiane są w cieniu, w specjalnej technologii. Wiesz, że prawnie nawet zabroniony jest eksport sadzonek? Przytłumione światło nie niszczy garbników i zwiększa absorpcję chlorofilu przez listki, dzięki czemu odpowiednio zaparzony napar ma więcej właściwości niż przy wykorzystaniu jakiegokolwiek innego rodzaju liści. Stąd też wysoka ich cena.

Ile kosztują?

Liście w bezłodyżkowej wersji kosztują ok 1200 zł za kilogram. Dlatego też w pierwszym podejściu pomyśleliśmy tak: „Wyprodukujemy małą ilość SOTI i będziemy mieć go tylko dla siebie”. Będąc w Japonii naprawdę świetnie czuliśmy się pijąc codziennie specjalnie zaparzoną Gyokuro. Zamarzyliśmy, aby mieć ją w wersji wygodnej, zawsze i wszędzie. Jesteśmy bardzo aktywni i nie mamy czasu, aby parzyć ją 50 minut w specjalnym urządzeniu, w wymaganej temperaturze i zachowaniem wszystkich niezbędnych norm. Ciągle jesteście w biegu.

Ale to nie było takie proste. Opracowanie odpowiedniego sposobu parzenia herbaty z Gyokuro zajęło Wam przecież lata. Z jakimi reakcjami spotykaliście się na początku?

Trudno w to uwierzyć, ale poszczególne elementy całego projektu raczkowały w naszych głowach przez 10 lat. Po drodze musiał też powstać inny biznes, City Sports Club, po to, abyśmy mogli sfinansować poznanie technologii, stworzenie całej infrastruktury i wreszcie powstanie SOTI Natural. To wymagało inwestycji prawie 2 mln złotych.

Na początku często słyszeliśmy, że to się nie uda, że nie ma szans. Śmieliśmy się wtedy, że najwyżej będziemy jedynymi osobami, które będą pić SOTI i korzystać z właściwości Gyokuro. To był też czas, w którym widzieliśmy zmagania naszej przyjaciółki w chorobie, która wynikała z nadmiernej toksykacji organizmu przetworzonymi produktami spożywczymi. Jej organizm zaprotestował, woda dostała się do płuc, a ona sama cała napuchła. To była naprawdę bardzo trudna i skomplikowana sytuacja. „Jesteś tym, co jesz i pijesz” i choć brzmi to może banalne, to taka jest prawda. Ta sytuacja bardzo zmotywowała nas, aby przeć do przodu i jednak sprawić, aby zdrowe napoje były dostępne na rynku, polskim i zagranicznym.

W Japonii picie herbaty Gyokuro to jasna sprawa, ale jak ją zamknąć w butelce, aby nie straciła swoich właściwości?

Osoby z branży, ale i sporo naukowców mówiło nam, że nie da się zaparzyć tej herbaty tak, aby zamknąć ją w butelce- bez dodania cukru, słodzików. Nie poszliśmy na żaden kompromis. Był etap, w którym okazało się, że dodanie do naparu minimalnej ilości cukru (nawet takiego trzcinowego czy brązowego) sprawi, że projekt pójdzie do przodu. Nie zdecydowaliśmy się na taki krok. Miało być tylko tak, jak sobie wymarzyliśmy – 100% natural. Pół roku trwało, aby znaleźć metodę, dzięki której nie trzeba było dodawać cukru.

Skąd taka determinacja, aby szukać, badać?

Zawsze taka byłam. Determinacja i szukanie najlepszych rozwiązań po prostu się opłaca.  To nie jest łatwe, bo tu dochodzi wiele czynników stresogennych. My z mężem stawiając sobie za cel stworzenie SOTI Natural musieliśmy sprzedać mieszkanie. Postawialiśmy wszystko na jedną kartę. Kto nie ryzykuje, ten nie pije SOTI Natural (śmiech).

Był jakiś przełomowy moment, po którym poczuliście, że jesteście już blisko?

Było ich wiele (śmiech). Ważne było to, że zaprosiliśmy do współpracy amerykańskiego profesora, który badał Gyokuro. Poznaliśmy go dzięki artykułowi, który opublikował w Internecie.

Jak ten profesor na Was zareagował?

Natrafiliśmy na osobę, która również chciała zmienić świat (śmiech). Powiedzieliśmy mu, że nie mamy co pić i szukamy rozwiązania na ten problem. Zdecydowanie chciał nam pomóc. Myślę, że warto wchodzić w różne kooperacje, sojusze. Zawsze mieliśmy mnóstwo znajomych, chętnie im pomagaliśmy i ta energia do nas wróciła. Choć nie było łatwo, bo w Polsce często słyszeliśmy od kooperantów, że zaczną z nami współpracę, ale wtedy gdy pochwalimy się długą listą dystrybucyjną. Chodziło o ilość miejsc, w których już jesteśmy. Czyli w skrócie, jeśli inni mają SOTI Natural, to ten produkt jest OK. W innych częściach Europy z kolei w ogóle jest odwrotna filozofia prowadzenia biznesu. Tam doświadczyliśmy tego, że właściciele poszczególnych sklepów czy centrum fitness cieszyli się, że w swojej ofercie SOTI Natural będą mieć jako pierwsi.

Kiedy trzeba myśleć o skalowaniu biznesu na rynki zagraniczne?

Sprzedaż w Polsce ruszyła pełną parą w kwietniu 2015. Planowaliśmy wyście na rynki zagraniczne dopiero w 2017, po odpowiedniej ekspansji na rynku polskim. Pierwszy produkt nawet nie miał przygotowanej etykiety pod sprzedaż poza Polskę. Natomiast zainteresowanie samo do nas przyszło, np. ktoś z Francji chciał mieć wyłączną możliwość dystrybucji SOTI Natural i chciał zainwestować w taką pozytywną zmianę na ich rodzimym rynku. Wychodzi na to, że zobaczyli ogromny potencjał w całym koncepcie produktu.

Co jeszcze pomogło Wam w ekspansji zagranicznej?

Mieliśmy też kilka publikacji w blogach anglojęzycznych i tak drogą wirusową ludzie zaczęli nas poznawać.

A z czym się zmierzacie? Tu i teraz.

Na co dzień szukamy osób, które będą z nami tworzyć zdrową innowację i dokonywać rzeczy nieprawdopodobnych. I to z determinacją i pasją do realizowania pozytywnej zmiany, walki z „fascynacją“ cukrem, a może raczej uzależnieniem od tego cukru. Dużo ludzi chciałoby się zaangażować w ten projekt, ale nie jest gotowych na poświęcenie i ciężką pracę. Dostajemy ogromną ilość wiadomości, w których klienci piszą, że SOTI Natural im pomogło. Czują się lepiej, mają lepsze wyniki badań. Jest też jednak wiele osób, które szukają z natury minusów i ciężko się uodpornić na takie komentarze  – to też ogromne wyzwanie.

Może Wasz sukces polega na tym, że sami wiecie czego chcecie i jesteście gotowi na ciężką pracę?

Wydaje mi się, że tak. Mamy bardzo mocno zarysowaną wizję, czego chcemy. Kolejną kwestią jest to, że nie chodzimy na kompromisy, zwłaszcza tam, gdzie coś jest dla nas kluczowe. Gdybyśmy nie wierzyli w siebie, to daleko byśmy nie szli. Ludzie czasami myślą: „Nie skończyłem studiów w jakimiś kierunku, to nie mogę zająć się jakimś obszarem”. My się z tym nie zgadzamy. Czasami dzięki zaangażowaniu, ciekawości, pracowitości można lepiej zbudować cały plan działania. Można osiągnąć więcej. Zachęcamy innych, aby nie czekali, aż zdobędą lata doświadczeń, ale po prostu zrobili pierwszy krok do miejsca, w którym chcą się za chwile znaleźć. Uwierz, że my większość rzeczy zrobiliśmy sami – wcześniej nie mając pojęcia o tym, z czym dane zagadnienie jeść. W 100% nie byliśmy gotowi, ale może dzięki temu szukaliśmy rozwiązań poza schematami, poza wzorcami? Decyzje podejmujemy bez względu na strach, niepokój czy zasoby. I tak trzeba działać, iść do przodu, krok za krokiem. Uczymy się w praktyce.

Taka ścieżka jest wypełniona satysfakcją, ale i stresem. Jak sobie z nim radzicie?

Myślę też, że z mężem dobrze na siebie działamy. Jak jedno z nas traci na chwilę determinację, to drugie przejmuje stery. Partnerujemy sobie. Nam ten model współpracy bardzo się sprawdza, jest budujący i wspierający. Kiedyś, jak pracowaliśmy w korporacjach, to widywaliśmy się tylko wieczorami. Dziś spędzamy ze sobą całe dnie. Obydwoje patrzymy w tym samym kierunku. – po prostu. Stawiamy sobie wysoko poprzeczkę i jesteśmy ambitni.

To nie jest męczące -ta ciągle wysoko ustawiona poprzeczka? (śmiech)

(śmiech) Mamy takie postanowienie, aby cieszyć się małymi sukcesami, żeby je celebrować. To zupełna nowość, bo nasze oczy zwrócone są naprawdę poza horyzont. Chcemy się uczyć doceniać mniejsze osiągnięcia biznesowe. Staramy się zatrzymać i cieszyć się chwilą. Pomaga nam zgranie, ale i to, że misja firmy, czyli inspirowanie- jest taka samo ważne dla mnie, jak i dla Adama. Nie wyobrażamy sobie, aby prowadzić firmę ot tak – bez pozytywnych wartości dla świata.

Jaka jest więc mantra człowieka przedsiębiorczego? 

Sukces to przechodzenie od porażki do porażki, ale bez utraty entuzjazmu.

Dziękuję za rozmowę.

Monika Kowal – ukończyła studia z kierunku marketingu i PR na Uniwersytecie Warszawskim oraz zarządzania Szkoły Głównej Handlowej (w ramach, których odbyła stypendium w USA na uniwersytecie Northeastern University w Chicago). Pracowała dla wielu agencji marketingowych oraz firmy Henkel. Wspólnie z Adamem Paluszyńskim założyła City Sports Club – firmę, która organizuje zajęcia sportowe z native speakerami oraz szyte na miarę imprezy sportowe i urodzinowe. Twórczyni marki Soti Natural – producenta jedynej zielonej herbaty w butelce, która zawiera 340 mg antyoksydantów na 100 ml.

Adam Paluszyński – były zawodnik tenisa ziemnego. Ukończył studia z kierunku inżynierii produkcji na Illinois Insitute of Technology w Chicago i zarządzania Szkoły Głównej Handlowej. Pracował dla Ministerstwa Gospodarki oraz dla IBM w Polsce i Japonii. Współzałożył City Sports Club i Soti Natural.

KONKURS

Chcecie zdobyć zestaw SOTI Natural na cały tydzień? W dniach 8-10 kwietnia 2016 napiszcie na adres joanna@nakawie.pl wiadomość z odpowiedzią na pytanie: co daje Ci energie do działania? Co sprawia, że czujesz w sobie supermoc?

Najciekawsze inspiracje nagrodzimy zestawami z 7 butelkami SOTI Natural. 6 zwycięzców poinformujemy drogą mailową już 11 kwietnia 2016.

Powodzenia!

Bloguję, wywiaduję i dzielę się tym, co usłyszę od strategów i psychologów biznesu. Jestem autorką książki „Twarze polskiego biznesu. Rozmowy na kawie”, w której zamieściłam 10 humanistycznych wywiadów z czołowymi twórcami polskiego biznesu. Fascynują mnie świadomi i mądrzy liderzy, relacje uczeń-mistrz i procesy zmian. Podpisuję się pod słowami Brene Brown: „Wrażliwość nie jest oznaką słabości. To matka kreatywności, innowacji i zmian”.