• Tysiące lat patriarchatu skutecznie oduczyło mężczyzn budowania partnerskich relacji z kobietami. To pokazała akcja #metoo – mówi Wojciech Eichelberger
  • Kryzys męskości oznacza, że dawne zasady relacji damsko-męskich już nie działają. Są nieaktualne. Mężczyzna musi się odnaleźć na nowo – uważa psycholog
  • Maminsynki i prezesi, maratończycy. Katolicy, buddyści, ateiści. Single, żonaci, rozwodnicy, dziadkowie, ojcowie – wyruszają z Wojciechem Eichelbergerem, na „wilczą wyprawę”. Wspólnie szukają nowej męskiej tożsamości

Joanna Rubin: „Trudne czasy”, „etos męskości”, „kryzys męskości”. Panie Wojtku, często powtarza pan te słowa, ale co one właściwie oznaczają?

Wojciech Eichelberger: Że do lamusa idzie utrwalona kulturowo i historycznie rola mężczyzny w relacji z kobietą. Tego już nie da utrzymać.

Patriarchatu?

Tak. Dotychczas obowiązujący przepis na męskość kompletnie się zdezaktualizował. Trzeba go otrzepać z patriarchalnych złogów i zafałszowań. W dużej mierze budować, a właściwie odkrywać,  od początku.

Jak, gdzie?

W głęboko zakopanych, odwiecznych tęsknotach, potrzebach, możliwościach i aspiracjach współczesnych mężczyzn. Emancypacja kobiet postawiła przed nami nowe wyzwania. Kobiety mają dziś taką pozycję społeczną, materialną i zawodową, że nie są już skazane na bycie z mężczyznami, którzy im nie odpowiadają, bo są utkani z patriarchalnej materii, pachną naftaliną i ograniczają ich możliwości rozwoju i samorealizacji. Dlatego statystyki donoszą, że większość spraw rozwodowych jest obecnie inicjowana przez kobiety.

Co z tego wynika dla mężczyzn?

Ta rzeczywistość sprawdza ich boleśnie. Większość mężczyzn na „wilczych wyprawach” mówi, że do przyjazdu zmotywowały ich często dramatycznie i trudne relacje z płcią przeciwną.

Na czym polega ta dramatyczność?

Na nieustannych konfliktach, wzajemnym niszczeniu się i na bolesnych, często niepotrzebnych rozstaniach.

Chodzi o to, że kobiety i mężczyźni nie umieją się dogadać, więc się rozstają?

Właśnie tak. Jeszcze długa droga do tego, żebyśmy mieli te sprawy płci i wzajemnych relacji po nowemu poukładane w głowach, w sercach i w emocjach, tak aby móc tworzyć długotrwałe związki. Póki co, zarówno mężczyźni jak i kobiety muszą usilnie pracować nad zaktualizowaniem wielkiej umowy o wzajemnych relacjach, by móc radzić sobie w tych nowych, wcześniej niespotykanych czasach, w których spoiwem trwałych związków może być tylko miłość, wzajemny szacunek i  uznanie. Ważna też tu będzie pełna samoświadomość i szacunek dla siebie samego/samej. Bez tych dwóch ten projekt nie ma szans.

Co dokładnie ma pan na myśli?

Najlepiej wyraża go tekst, który często podrzucam swoim klientom: – “Wiem, że to kim jestem w istocie zasługuje na miłość, zachwyt i szacunek”. Ale tu potrzebne jest przynajmniej jakieś przeczucie tego, kim jesteśmy i odłączenie się od biograficznych uwarunkowań i ograniczeń, za którymi świadomość swojej prawdziwej istoty się kryje.

Dlaczego warto się odłączyć od biograficznych uwarunkowań, czyli od rodziców?

Rodzice prawie zawsze kochają swoje dzieci, tylko często nie potrafią tego okazać. A wtedy dziecko czuje się niekochane, bierze winę za to na siebie. Dochodzi do fałszywego wniosku, że widocznie jest z nim coś nie tak. Nie potrafi zobaczyć, że problem był po stronie rodziców. Gdy ktoś dorośnie z takim bagażem, to nie będzie mógł ani polubić ani szanować siebie – a w konsekwencji będzie odrzucał i ranił tych, którzy go kochają. Przede wszystkim tych uwarunkowań i fałszywych przekonań trzeba się pozbyć ze swojego oprogramowania, aby móc tworzyć trwałe związki.  Bo jeśli ktoś go lub ją pokocha, to czuje, że dał się oszukać. To się nazywa kompleks kopciuszka.

Czyli?

Księżniczka się w nas zakochała, ale tak naprawdę myślimy, że dała się zwieść naszemu, wypożyczonemu od wróżki przebraniu – więc dajemy nogę z balu.

Jak pozbyć się kompleksu kopciuszka, już nie uciekać?

Wiedzieć, że się ma ten kompleks, zrozumieć skąd się wziął, oddać winę rodzicom i odzyskać naszą niewinność. Można zacząć od informowania zakochanych w nas o tym, że mamy taki kompleks. Już samo to będzie nas częściowo uwalniać od utożsamiania się z Kopciuszkiem. A osobie, która nas pokochała będzie łatwiej znosić nasz lęk przed porzuceniem i inne fochy.

Ważne jest, aby zrozumieć położenie rodziców, którzy mieli też swoich niedoskonałych rodziców co sprawiło, że  nie przekonali nas o swojej miłości do nas. Rodzice są czasami tak nieszczęśliwi, tak pochłonięci przez kompleks Kopciuszka, że nie mogą przyjąć miłości dzieci, bo wydaje im się, że na nią nie zasługują. Wtedy odrzucają je i ranią. Gdy zrozumiemy uwarunkowania rodziców i obdarzymy ich współczuciem, to będziemy na dobrej drodze do tego, żeby odzyskać właściwe i naturalne poczucie własnej wartości.

Czym się ono charakteryzuje, po czym je poznać?

Po tym, że potrafimy kochać i pozwalamy innym kochać nas.

Kobiety często opowiadają sobie o relacjach z matkami. Mężczyźni chyba mniej chętnie się dzielą historiami, w których ojciec swoim zachowaniem „ciął ich po jajach”, wyśmiał, poniżał i szydził?

Trudno jest w gronie mężczyzn, którzy buszują po przetrzebionym rykowisku,  przyznać się do  pokaleczonych jaj –  bo wypadamy z konkurencji. Już nieco łatwiej – ale też trudno – jest przyznać się do tego bliskiej kobiecie. Ale jeśli tego nie zrobimy grozi nam albo samotne pilnowanie naszej tajemnicy albo nadmiarowy męski szpan – czyli “maczyzm”. Ale w  bezpiecznych okolicznościach zżytej wilczej watahy można o tym mówić. A warto, bo mówiąc innym o tym co dla nas trudne odkrywamy, że jesteśmy więksi od tego, o czym mówimy. Paradoksalnie, gdy mężczyzna innym mężczyznom mówi, o tym, że ojciec “ciął go po jajach” to w tym samym momencie zaczyna te jaja odzyskiwać.

Dlaczego niektórzy ojcowie „ucinają jaja” swoim synom?

Bo ich ojcowie lub/i matki “ucięli jaja” im. Mężczyzna, który ma dobrze ugruntowane poczucie własnej wartości, nigdy nie będzie poniżał własnego syna. Będzie od niego wymagał, ale nie będzie go niszczył. Skalibrowane  wymagania nie niszczą. Są wyrazem rodzicielskiej wiary w syna i jego możliwości a to znaczy, że budują jego wiarę w siebie.

To chyba jest jednak cienka granica, jak jej nie przekroczyć?

Stosować zasadę: 50% wymagań i 50% miłości i wsparcia. Ta druga połówka tworzy bufor, bezpieczny margines na ewentualność niepowodzenia, które wówczas nie grozi karą odrzucenia przez rodziców.

Boimy się odrzucenia?

Czasami bardziej niż śmierci.

Odrzucenie, wykluczenie, infamia, banicja zawsze były budzącą postrach silną karą. Niezależnie od tego czy kara dotyczyła wykluczenia z rodziny, czy jakiejś grupy odniesienia np. uczniowskiej, zawodowej, klubowej, a szczególnie dotkliwa była kara wykluczenia ze społeczności narodowej czy etnicznej – czyli banicja.

Czy pan też popełnia błędy, jako ojciec?

Oczywiście, że popełniałem i czasami zapewne nadal popełniam, choć synowie są już dobrze po trzydziestce. Dobrą stroną uświadomionych i odżałowanych błędów jest ich funkcja edukacyjna. Dużo się dzięki błędom nauczyłem.

A czego nauczył się pan od swoich dzieci?

Nie mówię o dzieciach i moich przygodach z dziećmi bez ich zgody. Mogę jedynie potwierdzić, że doświadczenie rodzicielstwa jest trudne, ale piękne. Zmusiło mnie  do uświadomienia sobie wielu moich ograniczeń i uwarunkowań do podjęcia trudu wygaszania ich. W tym procesie miłość, współczucie i wybaczenie ze strony dzieci były zarazem dużym  wsparciem, jak i bardzo ważną lekcją.

Jak mężczyzna może skonfrontować się ze swoim ojcem?

To zależy od sytuacji. Trzeba najpierw namierzyć obszar największej frustracji i upokorzenia. A potem w duchu albo w symbolicznej sytuacji psychoterapii – ewentualnie  w realu powiedzieć ojcu: „To jak mnie traktowałeś nie świadczy o mnie lecz o tym, że ty nie potrafiłeś mądrze kochać swojego syna albo/i nie potrafiłeś przyjąć  mojej miłości”.

Czyli bunt?

Czyli bunt. Ale mądry. Oparty o zrozumienie sytuacji. Ale nawet wtedy wymaga on odwagi podjęcia ryzyka bycia odrzuconym przez ojca. Być może ojciec wykrzyczy: „Nie chcę cię znać” i jest szlaban na kasę.  To szansa dla syna wykazania się hartem, charakterem i wiedzą o tym, że cytując klasyka: „Lepszy na wolności kasek lada jaki niźli w niewoli przysmaki”.

Jaka jest mantra, hasło na banerach buntu?

Taka jak wszędzie i zawsze: Wiara,  szacunek, wolność, sprawiedliwość.

Czy kobiety mogą wesprzeć mężczyzn w tworzeniu nowego etosu męskości?

Nie bezpośrednio. Męska świadomość wartości własnej nie powinna zależeć od ocen kobiet, lecz od oceny męskich autorytetów. Kobiety mogą pomóc swoim  mężczyznom zachęcając ich do kontaktów z innymi dojrzałymi, przekraczającymi  swoje ograniczenia  mężczyznami np. zachęcają swoich mężczyzn, aby np. udali się na wilczą wyprawę lub do wzięcia udziału w innych podobnych przedsięwzięciach. Wtedy za jakiś czas nie będzie już potrzeby akcji typu #metoo.

Która zresztą była często komentowana: „Już ich nawet nie można podrywać?”.

To kolejny kłopot mężczyzn i kobiet. Jak poznawać się i budować flirt w sposób wolny od dotychczasowych stereotypowych, patriarchalnych zachowań. Mężczyźni nadal nie zdają sobie sprawy z tego, że to co nazywają podrywaniem, jest bardzo często równoznaczne z traktowaniem kobiety jak towaru. Ale kobiety też muszą zacząć żegnać się ze swoimi strategiami przetrwania w patriarchacie, czyli np. ze strategią ofiary, uwodzicielki, dzidzi czy biduli.

Czy kryzys męskości wpływa też na uzależnienie od np. gier, od porno?

Z pewnością. To formy ucieczki przed trudem przemiany w świat bezpiecznej, kontrolowanej fikcji oferującej iluzję obcowania z atrakcyjnymi kobietami i iluzję bezbolesnego i nieśmiertelnego bohaterstwa. To wielki problem ogromnej ilości współczesnych mężczyzn. Niestety  terapeuci i coachowie mogą odpowiedzieć na najwyżej 5% zapotrzebowania na wsparcie w dostosowaniu się mężczyzn do nowej, niezwykle trudnej sytuacji.

Kobiety przez lata kombinowały, uczyły się, tworzyły ruchy społeczne…

…a mężczyźni mieli pozycje jednoznacznie dominującą, podparta przekonaniem o bożym namaszczeniu do tej roli. Więc nie widzieli powodu, żeby się zmieniać, pracować nad sobą, rozwijać. W dalszym ciągu większość tej potrzeby nie widzi i pokłada nadzieję w neokonserwatywnej czkawce czyli w karkołomnej i nadaremnej ucieczce w przeszłość.

Wojciech Eichelberger, psycholog, www.ipsi.pl