Dorota Abbe: nie zbawię całego świata, ani nie pomogę wszystkim bezdomnym

przez  |  Brak komentarzy

– Ten mój teatr społeczny ma mówić o ważnych sprawach, dotykać tematów istotnych dla tych, którzy robią spektakl, ale i dla tych, którzy go oglądają – tłumaczy Dorota Abbe, reżyserka spektaklu “Nibylandia”, do którego zaangażowała bezdomne osoby.

W naszej rozmowie opowiada o historii niesamowitych przedsięwzięć teatralnych w Teatrze Nowym w Poznaniu. Dzieli się też swoimi obserwacjami odnośnie bezdomności.

Joanna Rubin: “Nibylandia” – spektakl, w którym grają bezdomni. Skąd taki pomysł?

Dorota Abbe: Inicjatywa wspólnej pracy wyszła od panów z Ośrodka dla bezdomnych w Szczepankowie, ponad rok temu. I właściwie chodziło tylko o to, abym udzieliła kilku konsultacji do ich ówczesnego spektaklu “Powrót Wikingów“. Akurat wtedy pracowali nad nim w swoim ośrodku. I pojechałam, i udzieliłam kilku wskazówek…

Tylko, że to nie koniec historii.

Nie, bo właściwie to miałam taką chęć robienia teatru społecznego. Takiego, który wykracza poza ramy teatru, który naturalnie budzi jakieś konkretne skojarzenie. Ten mój teatr społeczny ma mówić o ważnych sprawach, dotykać tematów istotnych dla tych, którzy robią spektakl, ale i dla tych, którzy go oglądają. To pewnie wynika ze zmęczenia tradycyjną, być może czasami pustą, formą – taką, która niewiele wnosi. I rzeczywiście, miałam w sobie taka nową potrzebę…Jadąc do tego ośrodka przeczuwałam, że na zwykłych konsultacjach się nie skończy.

Współpraca z amatorami chyba nie należy do najłatwiejszych. Co mówił wtedy Tobie głos rozsądku?

Że nie! Że nie mam czasu się tym zająć, bo to wymaga wielkiego zaangażowania – czasowego i emocjonalnego. Byłam zresztą po ciężkim i pracowitym roku. Ale, gdy zobaczyłam tych panów, posłuchałam tekstu Zuzy Fichtner do “Powrotu Wikingów”, to już poczułam bliskość.

Co chwyciło za serce?

Ludzie i ich historie. Sam tekst dotyczył ogrzewalni dla bezdomnych, która miała powstać w Poznaniu. Miał zresztą promować jej powstanie. W większych miastach takie miejsca są, u nas jeszcze nie. A to ważna sprawa, ponieważ do ogrzewalni każdy może wejść i z niej skorzystać – nawet jeśli jest pod wpływem alkoholu. A do ośrodków wpuszczają tylko osoby trzeźwe. I tu w ogóle jest problem, bo nawet jeśli straż miejska chce kogoś z ulicy zabrać do izby wytrzeźwień, głównie po to, aby człowiek nie zamarzł na ławce, to też alkomat musi wykazać jakiś konkretny poziom promili. Jak jest za niski, to takiej osoby zabrać przecież nie mogą. A ogrzewalnia to miejsce, gdzie człowiekowi byłoby przynajmniej ciepło. To może życie uratować. Poza tym w wielu ogrzewalniach w kraju jest też udzielana pomoc psychologiczna i jeśli bezdomny chce zmienić swoją sytuację, to na pewno zostanie pokierowany w jakąś stronę.

Dlaczego w Poznaniu w dalszym ciągu nie ma ogrzewalni?

Nie ma, bo ludzie się boją bezdomnych, ich sąsiedztwa. Problem polega na tym, że wiele osób nie chce mieć w najbliższym otoczeniu ludzi bezdomnych, bo ich stereotyp jest taki, a nie inny.

Wróćmy do “Wikingów” – pamiętasz pierwszą próbę, jeszcze w Ośrodku w Szczepankowie? Jak było?

Pewnie było to wszystko nieporadne, ale za to bardzo szczere, prawdziwe. Zobaczyłam w nich niezwykłą moc, potrzebę mówienia o bezdomności, o sobie. I szybko padła moja deklaracja współpracy. Chciałam ten spektakl pokazać w teatrze. Zresztą na tym też zależało Zuzie Fichtner – bo to podniosłoby rangę wydarzenia. Dzięki temu mogliśmy dotrzeć do szerszej publiczności.

Z kolei aktorom z Ośrodka w Szczepankowie możliwość wystąpienia na deskach teatru dało kopa. Nie było mowy już o sceptycznym podejściu i braku motywacji. Jak zobaczyli mój entuzjazm i partnerskie podejście, to dostali skrzydeł.Zresztą widać było to już na pierwszych próbach, bo byli bardzo zaangażowani i chcieli dać z siebie wszystko. Dla nich w końcu taki przyjazd do teatru był nobilitacją, mijali się z aktorami od nas, przyjeżdżali do ważnego dla nich miejsca.

fot. Agnieszki Rydellek

Poczuli się docenieni?

Zdecydowanie, choć to był proces, który trwał jakiś czas. Najważniejsza była pewnie premiera “Powrotu Wikingów“. Zobaczyli wtedy reakcje publiczności, dostali owacje na stojąco. Widzieli wzruszenie w oczach ludzi i było to dla nich ukoronowaniem ich pracy.

A co z gratyfikacją finansową?

Przy pierwszym spektaklu nie mieliśmy nic. Żadnych pieniędzy, ani wsparcia jakiejś organizacji. To była oddolna inicjatywa, która okazała się sukcesem. Co prawda ogrzewalnia nie powstała, ale osiągnęliśmy sukces artystyczno-społeczny. Ludzie fajnie na spektakl zareagowali.

Przed nami premiera “Nibylandii”. I tym razem postawiłam sobie za cel znaleźć pieniądze dla aktorów. Zdobyliśmy granty! Było to też możliwe dzięki temu, że inicjatywa nie była już ludziom obca. Wsparł nas CK ZAMEK, Urząd Miasta no i przede wszystkim dużo dała zbiórka pieniędzy na platformie Polak Potrafi. Tam mieliśmy możliwość pozyskania nie tylko pieniędzy, ale również była to dobra promocja. Ogólnokrajowe media zaczęły się nami interesować.

Też usłyszałam od Was z mediów. Ale zastanawiałam się, na ile możecie rzeczywiście wesprzeć tych ludzi?

Są sprawy, którymi powinny się zająć organizacje, które powołane są do rozwiązywania problemów. I lokalnie i globalnie. To oni mogą starać się stworzyć, np. ogrzewalnie, czy w ogóle cały system wsparcia. My mogliśmy przejąć inicjatywę w swoich obszarach. I to też zrobiliśmy, bo pokazaliśmy spektakl, który miał poznaniakom uzmysłowić, co i z jakiej perspektywy jest ważne w problemie bezdomności. Bardzo chciałam, aby spojrzeli na bezdomnych jak na ludzi.

Potem pomyślałam, że mnie jako aktorce, reżyserce najbardziej zależy na tym, aby skupić się na nich samych, na ludziach, na moich aktorach. Przecież nie zbawię całego świata, ani nie pomogę wszystkim bezdomnym w Polsce. To nie jest możliwe. Mnie zależy, aby skupić się na tych konkretnych ludziach, których poznałam, bo wiem, że oni chcą, żeby im pomóc. Moim zadaniem jest więc dać im to, co mogę im dać.

Czyli dać “Nibylandię”?

Tak. A zresztą “Nibylandia” to rzecz o zagubionych chłopcach. Podoba mi się ta metafora z “Piotrusia Pana”. Każdemu z aktorów przypisałam ksywę, która bierze się od nich samych lub z opowieści o Piotrusiu Panu. Chciałam jednak, aby cały spektakl dotyczyły ich personalnie. Zależało mi, aby wykorzystać ich prawdziwe, życiowe historie i ubrać je w jakąś metaforę, trochę dziecięcą. To też pokazuje, że mimo mocnych doświadczeń życiowych, bliska jest im wrażliwość dzieci. Patrzą idealistycznie na niektóre kwestie. Co jest szokujące, bo to duże zderzenie z tym, jak wyglądają. Zależało mi, aby podkreślić poezję, która w nich jest.

 nibylandia

Znasz ich historie?

Tak, w jakiejś części na pewno. Scenariusz powstał na podstawie naszych rozmów. Ich historie są bardzo ciekawe, np. jeden z nich był przez wiele lat trenerem siatkarzy. Pochodzi z rodziny, w której sport był ważny. I się posypało, bo dotknął dla siebie ważnych i ciężkich doświadczeń. Znalazł się w totalnym dołku i w zasadzie na niczym mu już nie zależało. Wylądował w ośrodku. Inny z panów jest bezdomny, bo jednego dnia przyszedł właściciel kamienicy, podniósł czynsz… I też wylądował w ośrodku.

Twarzy bezdomności jest mnóstwo. Oczywiście, jest też wiele patologicznych doświadczeń, które pogłębiają problem. Bezdomni panowie, z którymi mam do czynienia to raczej nietypowe przypadki. Większość z nich nie mieszkała nawet na ulicy – tak zgodnie z stereotypem. Tylko jeden z moich aktorów ma rzeczywiście taką historię typową, bo 15 lat żył na ulicy. Wie bardzo dużo na ten temat i pewnie jego doświadczenia to materiał na kolejny spektakl.

Dlaczego tak sądzisz?

Bo spędził 15 lat na ulicy, był uzależniony od alkoholu i narkotyków. Mieszkał w różnych miastach, w wielu miejscach. Opowiadał o tym, że kiedyś ktoś go zaciągnął do kościoła baptystów. Tam skierowali go na odwyk, gdzie obejrzał film “Wielka cisza” Philipa Groeninga. Film zrobił na nim piorunujące wrażenie. Coś go tak mocno zachwyciło, że podniósł się ze swoich nałogów. Ale to też nie jest od razu tak, że wraca się do ciepłego domu i wszystko układa się jak w bajce. Ten pan ma z pewnością duże wyzwania przed sobą, ale historia z filmem jest niesamowita.

Ludzie przyzwyczajają się do bezdomności, zresztą jak do wszystkiego w życiu?

Myślę, że tak i to jest problem. System pomagania ludziom w Polsce nie jest sprawny. Mówiąc o sprawnym rozwiązaniu mam na myśli coś, co nie daje ryby, ale daje wędkę.

Ośrodek to takie miejsce, które często ratuje życie, wyciąga z dna, zapewnia jedzenie, nocleg. Ale co dalej? W ośrodku chodzą na warsztaty terapeutyczne, tworzą, robią figurki, rysują, spotykają tam często fantastycznych ludzi, zdarzają się wśród nich tacy, którzy swoją pracę traktują jak misję, ale umówmy się – to mało. Bo przede wszystkim chodzi o pracę. A oni tej stabilnej pracy nie mają. Jedynie dorywcze zlecenia. A jest im trudno znaleźć stałą pracę, bo nie maja zameldowania. Oni często opowiadają o takim błędnym kole.

Paradoks to też to, że im więcej zarabiają, tym więcej muszą zapłacić ośrodkowi, w którym śpią, jedzą. Na przykład, jeśli zarobią tysiąc, to do ośrodka musza oddać 700. I nawet jeśli chcą się wyprowadzić z ośrodka, to przy takich funduszach nie mogą przejść przez trudności związane z przeżyciem do wypłaty – tej pierwszej całej pensji. Przecież nie dadzą rady zapłacić kaucji i czynszu za mieszkanie.

Co jest ich ambicją?

Na przykład to, aby odzyskać rodzinę, którą po drodze zgubili. I to się czasami udaje. Tak jak w przypadku Pana Stasia, który miał szóstkę dzieci i właściwie z żadnym nie miał kontaktu. Dzięki naszemu pierwszemu spektaklowi “Powrót Wikingów” jego rodzina zaczęła do niego wracać. Pan Stasiu nie żyje, a zmarł w sierpniu na spacerze z córką. To też takie wymowne.

Faworyzujecie bezdomnych w pracy, bo są biedni, doświadczeni przez życie?

Ja tego nie robię, ustalam warunki gry. Mamy regulamin i prowadzę ich twardą ręką. Zresztą, żeby zdobyć ich zaufanie trzeba pokazać jakiś konkret, bo oni nie wierzą w bajki. Trzeba być pewnym tego, co się robi. Oczywiście idąc dalej, ważne jest to, aby dać im też ciepło, akceptację, serdeczność.

Czy inni faworyzują? Chyba też nie, bo trzech panów dostało pracę przy innym spektaklu. Są statystami. Ważne było to, że sumiennie i odpowiedzialnie wykonują swoje zadania. I oczywiście dostają wynagrodzenie takie, jakie dostałby każdy inny na tym stanowisku.

Jakie są wyzwania podczas pracy z nimi?

Mają swoje nawyki. Niektórzy mają doświadczenia z jakimś uzależnieniem. Niektórzy mają huśtawkę nastrojów. Problem jest z poczuciem odpowiedzialności za siebie i za innych w grupie. To jest dla nich najtrudniejsza lekcja, często nieodrobiona wcześniej w życiu.

Ale z drugiej strony, oni doskonale wiedzą, że na nich się patrzy, że swoim zachowaniem dają świadectwo bezdomnej społeczności. Są jej wizytówką, biorą za nią odpowiedzialność. Jeśli oni dadzą plamę, to może się to przełożyć na kolejne osoby. Nawet tak pod względem wizerunkowym.

Z czego wynika huśtawka nastrojów?

Praca w teatrze rozwibrowuje emocjonalnie. Trudno się jej nie poddać. Jest dużo stresu, ludzie zaczynają krzyczeć na siebie, obrażać się, a później przepraszać. Od euforii po beznadzieję. To też wynika z pracy w grupie, z odpowiedzialności, która się z nią łączy. Jeden coś zrobi nie tak, a reszta musi to naprawiać.

fot. Agnieszki Rydellek

Praca z amatorami Ciebie nie męczy?

Jest na pewno trudniejsza, ale z amatorów można czerpać. Siła tkwi w tym, że oni nie grają. Oni po prostu są na tej scenie. Nawet tekst jest napisany ich językiem. Oni opowiadają o sobie i czują się – jak u siebie. Nie muszą budować postaci. A drugiej strony amatorom trzeba wszystko od podstaw tłumaczyć, powtarzać. Dużo więcej czasu trzeba poświęcić, aby ktoś kto ze sceną nie miał wiele wspólnego – czuł się na niej swobodnie.

A propos swobody. Jak aktorzy radzą ze stresem przy wystąpieniach publicznych?

Uczą się tego. Mają też już pierwsze, wielkie doświadczenie przy “Wikingach”. To niebagatelna sprawa. Ale bywają takie sytuacje, np. ktoś ma rolę symboliczną i przejście po scenie z tabliczką budzi przerażenie, lęk i drżenie rąk. Czasami i coś takiego może być wyzwaniem. Chociaż widzę, że ich doświadczenie teatralne nie idzie na marne. Otrzaskali się ze sceną i podstawowe zasady znają.

Macie jakieś spotkania przedpremierowe, gdzie uczysz ich panować nad tym drżeniem rąk?

Spójrz na ich twarze, życiem doświadczone, i powiedz im, że ktoś ma głęboko oddychać. Tyle i tyle razy, i że to jest relaks. Myślę, że oni tego nie potrzebują. Widzę, że mają swoje sposoby, że sobie radzą. Nie wtryniam się.

Jak sobie radzisz z tak wielkimi i różnego kalibru emocjami – szczególnie, gdy gasną światła i wracasz do domu?

Jest zmęczenie i uczę się tego, aby mieć wentyl, jakieś ujście. To przede wszystkim moja rodzina, którą w takich chwilach kocham i potrzebuję bardziej, to przyjaciele, współtwórcy “Nibylandii”, którzy widząc, że przeginam, mówią mi: dzisiaj wyłączasz komputer i telefon. I sprawdzają mnie!

Sama też staram się w wolnym czasie nie myśleć o pracy. Chociaż to średnio możliwe. Przynajmniej jedną nogą ciągle jestem w “Nibylandii”. Czuję wielką odpowiedzialność. Z jednej strony to szczególny temat, a z drugiej zakres prac jest spory, bo zarządzam całym projektem. Czyli: sceną, scenariuszem, aktorami. Myślę o cenie biletów, o tym jak mają wyglądać ulotki, plakaty, fanpejdż… A i jeszcze trzeba zdobywać granty, zorganizować konferencję prasową, nagrać zwiastun, udzielać wywiadów itd. To praca na wielu obszarach. A jeszcze zgłaszają się do mnie ludzie, którzy proponują, abym prowadziła warsztaty, albo popracowała z młodzieżą. Nie mówiąc o mojej etatowej pracy w teatrze. Na pewno po premierze będę musiała odpocząć, zregenerować się.

Czego się nauczyłaś przy “Nibylandii“ o sobie?

Tego, że potrafię poprowadzić projekt od początku do końca. Zaplanować, wymyślić, rozdać zadania i je egzekwować. Zaufać ludziom, że te zadania dobrze wykonają, a jeśli nie, być twardą i ich za to ochrzanić albo nawet – rozstać się z nimi. Doceniać tych, na których można polegać.

Nauczyłam się tego, że jestem kamikadze i kręcą mnie sporty ekstremalne. Tego, że wykonywanie właśnie takiej pracy daje mi poczucie szczęścia i spełnienia, mimo kryzysów, wzlotów i upadków. Doceniłam to, że mam dokąd i do kogo wracać po pracy.

Jesteś z siebie dumna?

Tak.

Dorota, serdecznie dziękuję za rozmowę.

Dorota Abbe. Z wykształcenia jest aktorką i romanistką. Ukończyła wydział aktorski na PWSFTviT w Łodzi. Przez 11 lat związana była z Wrocławskim Teatrem Współczesnym. Grała tam u takich reżyserów jak Piotr Cieplak, Krystyna Meissner, Piotr Kruszczyński, Gabriel Gietzky, Marta Stebnicka, Yael Ronnen, Łukasz Czuj, Rimas Tuminas, Redbad Klynstra. Po rolach Debory w „Grach” w reżyserii Redbada Klynstry i szekspirowskiej Julii w spektaklu litewskiego reżysera Rimasa Tuminasa nazwano ją najlepszą aktorką sezonów 2001 i 2003. W 2007 roku odznaczona została brązowym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od października 2011 jest aktorką Teatru Nowego w Poznaniu. Można ją tu oglądać m.in. w „Mieście kobiet”, „Graczach”, “Poperze”, “Domu Bernardy Alba”, „Gorączce czerwcowej nocy”, “Obwodzie głowy”. Abbe spełnia się również w pracy pedagogicznej. W latach 2011-2013 współpracowała z wrocławskim oddziałem Regionalnego Ośrodka Edukacji jako opiekun wydziału aktorskiego i wykładowca takich przedmiotów jak elementarne zadania aktorskie i sceny. Od 2013 roku wykłada sceny współczesne w poznańskim studio aktorskim STA. Przez dwa ostatnie lata prowadziła zajęcia z uczniami poznańskich liceów dzięki programowi „Edukacja teatralna” zaproponowanemu przez Teatr Nowy. Prowadzi również grupę teatralną z Ośrodka dla Bezdomnych w Szczepankowie. Efektem tej współpracy pracy była premiera spektaklu „Powrót Wikingów” w jej reżyserii, która miała miejsce w lutym 2013 w Teatrze Nowym w Poznaniu. Z kolei 12 grudnia 2014 odbędzie się premiera “Nibylandii”, w którą zaangażowała również aktorów z ośrodka.

Dziennikarka współpracująca z wieloma redakcjami. Blogerka (www.nakawie.pl), zawsze zaciekawiona przedsiębiorczością. Autorka książki "Twarze polskiego biznesu. Rozmowy Na Kawie" z wywiadami z czołowymi twórcami polskiego biznesu. Współorganizatorka popularnonaukowej konferencji TEDxPoznań. Blisko 10 lat była zawodowo związana z instytucjami finansowymi, m.in mBank i GRENKE.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.